To wtedy, gdy do samego końca się nie wie, czy włóczki wystarczy na to co się planuje ;)
Ktoś mógłby powiedzieć: w czym problem, trzeba dokupić. Pół biedy kiedy nie ma za co - każda z nas doskonale wie, że prąd może się opłacić z poślizgiem (byle nie za dużym, bo sztrykowanie po ciemku jest mało praktyczne), dietę można ograniczyć do chleba z dżemem, ba! kawę da się ograniczyć i pić bez mleka, ale na motek czy dwa zawsze się kasę znajdzie.
No więc problem jest w tym, że czasem dokupić nie ma czego.
Rok temu dostałam w prezencie na firmową wigilię włóczkę (wylosował mnie mój podwładny, wiedział, że musi dobrze trafić ;) ). Trzy motki, bo jest limit finansowy.
Czem prędzej przystąpiłam do próbkowania. O czym już na blogu było.
I bardzo szybko trafiłam na ten wzór do tej włóczki. A wtedy już natychmiast dokładnie wiedziałam jaki ten sweterek ma być: prosty, do bólu tradycyjny, lekko retro nawet.
Tyle tylko, że stwierdziłam, że trzy motki to o jeden za mało.
I wprawdzie
Agata od razu orzekła, że "trzy wystarczą na takiego mikrusa", ale ja się uparłam.
Wyciągnęłam od darczyńcy gdzie i za ile, tylko jakoś nie umiałam się zmobilizować, żeby pójść i tę włóczkę kupić. Dziwne, nie? Może dlatego, że to taki sklep włóczkowy, co ostatni raz byłam w nim z 10 lat temu. I chyba też wtedy była tam ostatnia wymiana asortymentu ;)
Tak czy siak motki były trzy, a ja pewna, że to to najwyżej na szalik i czapkę, aaaale szkoda.
Po roku (sic!) wybrałam się w końcu dokupić ten czwarty... Tak, dobrze widzicie. Po roku. I naprawdę miałam nadzieję, że znajdę w tym sklepie jeszcze jeden motek, w tym samym szarym odcieniu. Włóczki, której google nie znalazł ;)
Nie było. Szok i niedowierzanie!
I wtedy dostałam powera. Chyba na przekór.
(na przekór kilku dziewiarskim zdarzeniom, bo w tym czasie skończyła mi się też Cashmira z poprzedniego posta i inny zaczęty projekt - o którym na końcu - jakoś tak nie do końca pasował...)
I pierwszego dnia po świętach wzięłam i nabrałam. A już 6 stycznia blokowałam, co jak na mnie jest tempem iście sprinterskim.
Wzór podyktował sposób robienia - zajączki* wyglądają jak należy wyłącznie, gdy przerabia się je od dołu. to natomiast wymusiło resztę: ramiona łączone ściegiem którego nie widać, wrabiane rękawy.
* nazwa wymyślona przez Dorotę
No ale powiedzcie - dla tak cudnie uroczego, niebanalnego i niewydziwionego jednocześnie ściegu - warto było zrezygnować z najwygodniejszego w sytuacjach włóczkodeficytowych raglanu :)
Zajączki zresztą są tylko na przedzie - zgrzebność włóczki podpowiadała mi, że w tym projekcie less is more. Do tego plisy ściągaczem 1x1 wykończone, rzecz jasna, po włosku (i zaczynane i kończone w ten sposób).
Ta włóczka w ogóle bardzo fajnie, plastycznie, się układa - nawet rzędy skrócone przy rękawach wyglądają tu super (nie żeby mi się normalnie nie podobały - zawsze się podobają robione w ren sposób główki, ale tu wyglądają jeszcze lepiej niż zwykle).
I tym razem (w przeciwieństwie do biurowej kosteczki) udało się wyprofilować główki idealnie już za pierwszym razem - co było miłą odmianą ;)
Korpus jest taliowany, z dwóch powodów: raz, że jak się nie bardzo ma wcięcie, to trzeba je sobie stworzyć ;) a dwa, że im ciaśniej, tym więcej włóczki zostaje na rękawy ;)
Bo o długość rękawów się cały czas rozbijało. Agata zasugerowała raz nawet "może po prostu bezrękawnik?", ale chyba moje spojrzenie było bardzo wymowne, a mowa jego była mową nienawiści, bo propozycji nie ponowiła ;)
Nie lubię bezrękawników i już. Zwłaszcza ciepłych.
Za to rękawy przykrótkie nie tylko toleruję, ale wręcz preferuję - i tak te długie, sięgające do dłoni permanentnie podwijam.
Byle rękaw sięgał za łokieć to jestem rada.
Zrobiłam więc korpus (dwa motki bez metra), przeliczyłam, że szkoda część trzeciego tracić na plisę dekoltu i... sprułam próbki. Normalnie w życiu bym tego nie zrobiła, bo od jakiegoś czasu namiętnie próbki kolekcjonuję. Ale tym razem je poświęciłam.
Wykończyłam dekolt i odkryłam z przerażeniem, że "motek", który mi został ma 78 gramów a nie 100...
No tak - to z niego owe próbki powstały ;)
Miałam więc 78 gramów włóczki, resztę z próbek w postaci kłębuszka o średnicy 4 cm i dwa rękawy przed sobą.
I zaczęła się walka o każdy niemal centymetr długości :)
Ponieważ w twórczym szale nie pomyślałam, żeby podzielić te 78 gramów na dwa kłębki nim zaczęłam pierwszy rękaw, dziergałam...
z wagą pod ręką. I na bieżąco sprawdzałam jak bardzo zbliżam się do chwili gdy w motku zostanie już tylko 39 gramów na "ten drugi" :) I kombinowanie: żeby nie za ściśle (ale nie za luźno) oczka, żeby w miarę wąski (ale nie przesadnie opinający) ten rękaw zrobić...
No mówię Wam - TAKIE EMOCJE!! ;P
Ostatecznie, po zużyciu włóczki niemal do cna, rękawy udało się wysztrykować całkiem całkiem - solidne 3/4.
Plisy, podobnie jak ta przy dekolcie, wydziergane z włóczki prutej, której (to oczywiste!) nie chciało mi się jakoś prostować, oczka więc układają się nieprzesadnie równo. Co nie przeszkadza mi wcale a wcale.
Taki więc jest on, sweterek w zające kicające po szarej łące, z 300 g włóczki 100% wełnianej, mocno tajemniczej i całkiem przyjemnie drapiącej (tak, lubię szorstkość sweterków ;) ).
A druty, dodam dla porządku, KP 4,5 (oraz 3,5 przy napieraniu metodą włoską - ale tylko nabieraniu, wszystkie rzędy "specjalne" przerabiam już normalnym numerem, inaczej za bardzo mi ściąga).
Na życzenie Szanownych Pań wrzucam schemacik. Mam nadzieję, że jasne?
Aaaale.
Przecież taka sytuacja, że może zabraknąć, to idealna okazja by coś kupić, nie? I tak właśnie zapełniłam drugą torebkę MOHERową.
BTW - one paragony nawet mają takie, że się do nich człowiek uśmiecha :)
A skoro jednak jej nie wykorzystałam, to natychmiast zaczęłam projekt "dodatkowy", który będzie sweterka uzupełnieniem. Tak jakby :)
A poza tym mam jeszcze rozgrzebany jeden projekt - prostą bluzkę z kombinowanym kołnierzem. Na razie jest jej niewiele więcej niż kołnierz, który - o dziwo - wyszedł dokładnie taki jak chciałam.
Zaczęłam dziergać tuż przed świętami i zapał miałam wielki, aż do pierwszej przymiarki. Otóż, moim zdaniem, wyglądam w tym odcieniu ni-to-bieli-ni-to-śmietanki jak śmierć na chorągwi. Raz jeszcze podkreślę - moim zdaniem. No bo Agata mówi, że jest git. A mnie kusi by tego Fabela przefarbować na "czarno" (przy czym zdaję sobie sprawę, że czerń smolista raczej mi przy domieszkach sztucznych nie wyjdzie, ale szarościom wszelkim nie mówię nie).
I nie wiem - słuchać swojej intuicji, czy Agaty? Może znów poczekam rok i sprawdzę czy miała rację.
Tak czy siak pewnie i tak farbowałabym gotowy sweterek, a że dziergam na trójeczkach i ściśle, to troszkę to może potrwać :)
Tymczasem dumam nad rzeczami, które załapią się do wyzwana 15/2015 (to co wyżej do żadnego z punktów mi chyba nie pasuje).
Wiem co będzie kompletem (pkt. 8) i parą (pkt. 11).
Nie widzę problemu z czymś do domu (pkt. 3), inspiracja filmowa się znajdzie (pkt. 4).
Uczyć nowości się lubię (pkt. 6), mam pomysł na projekt jednomotkowy (pkt. 5) i zalegające włóczki (pkt. 9).
Na biżuterię i coś mini pomysły mam od dawna, tylko jakoś nie było po co (pkt. 15 i 10).
I z jednym w zasadzie mam problem - jakiego elementu garderoby ja jeszcze nie dziergałam?
A "następną razą" nie będzie o dzierganiu, za to będzie bardzo kolorowo :)
Czyli,podpowiem, nie będzie o mojej garderobie i mojej części domu :)
Dam radę w tym tygodniu? Zdjęcia już czekają na serwerze, więc kto wie, kto wie... ;)