Są takie rękodzieła, które mnie kręcą i nęcą niezwykle - to głównie drutowanie. Ale też szycie i inne szmaciano-sznurkowe sprawy.
Są takie, w które wkręcam się na chwilę, czytam, szukam, szaleję, robię zakupy (ha! te najchętniej), coś potworzę i... mi przechodzi - to wszelkie biżuteryjno-koralikowe klimaty, papiery, scrapy (kto dziś w ogóle pamięta, że kiedyś tu bywały?), modelina. I pewnie wiele innych.
Ale są i takie, których raz spróbuję i już wiem - to nie dla mnie.
Choć czasem się złamię ;)
Są takie, w które wkręcam się na chwilę, czytam, szukam, szaleję, robię zakupy (ha! te najchętniej), coś potworzę i... mi przechodzi - to wszelkie biżuteryjno-koralikowe klimaty, papiery, scrapy (kto dziś w ogóle pamięta, że kiedyś tu bywały?), modelina. I pewnie wiele innych.
Ale są i takie, których raz spróbuję i już wiem - to nie dla mnie.
Choć czasem się złamię ;)
Do tej kategorii należy przede wszystkim decoupage. Kilka razy próbowałam i jakoś nigdy mnie nie zachwycił.
Dlaczego? Samo działanie jest fajne - materiały niedrogie (relatywnie) i dość łatwo dostępne. Mnogość serwetkowych i papierowych motywów poraża, trudność wykonania - na poziomie co najmniej zadowalającym - niewielka*. Nic tylko robić.
Tyle, że to totalnie nie mój klimat.
Bo:
a) nie lubię rzeczy "słodkich", a tak mi się kojarzy decu,
b) nie lubię rzeczy powielalnych, a tu taką samą/bardzo podobną rzecz można zrobić wiele razy; ba! coś niemal identycznego może zrobić wiele osób,
c) bo nie lubię durnostojek,
d) bo jakoś trudno w tej dziedzinie pójść w kierunku "mojej" estetyki.
Żeby była jasność: jak w przypadku każdego tworzenia, podziwiam tych, którzy się takim rękodziełem zajmują i ewidentnie mają kunszt w łapach (i pędzelkach).
Niestety w przypadku decoupage'u mam wrażenie, że wyjątkowo dużo jest wykonań takich sobie, nie powalających ani walorami artystycznymi, ani precyzją wykonania.
No wypisz wymaluj jak mój "lampion" :)
Rożnica polega na tym, że ja swój zrobiłam for fun i w najbezczelniej śmiałych snach do głowy by mi nie przyszło oferowanie kupna tego "cuda".
A fun rzeczony był całkiem przedni: kieliszek ze szwedzkiego sklepu, kilka chwil, ociupina (pewnie mniej niż pół arkusza A4) papieru ryżowego, kilka motywów z serwetki, ciut kleju "wikolopodobnego" oraz (jedyny, dla mnie, element nieosiągalny na co dzień) trochę ozdobnych kuleczek, fajne towarzystwo - i jest.
I choć stylistyka nadal nie moja, to starałam się by było możliwie oszczędnie w środkach i świeżo. I na czasie - wszak sezon truskawkowy w pełni.
Generalnie - ujdzie, choć pewnie miejsca w domu nie zagrzeje (czy wspominałam, że nie znoszę durnostojek?).
Za to zaczarowały mnie kuleczki. Dają na maksa fajny, delikatny efekt. No mała rzecz, a cieszy :)
I kojarzą się apetycznie z cukrem na brzegu pucharu ;)
I chyba coś z nimi pokombinuję. Hmmmm... zakupy? ;)
"Lampion" powstał na mini warsztatach zorganizowanych podczas naszego pikniku firmowego przez panią Dorotę z pracowni Kreatywnie.com.
Spotkanie z panią Dorotą było przemiłe i dla mnie o tyle zabawne i wzruszające, że to właśnie w jej pracowni (choć wówczas w innym miejscu Poznania) zaczęłam swoją przygodę z rękodziełem i spotkania "w realu" z ludźmi poznanymi w świecie wirtualnym. To był chyba rok 2007, szmat czasu temu.
Ciekawe czy Ania-Rozella pamięta, że to tam się pierwszy raz umówiłyśmy? :)
Z Twoim podejściem do decu zgadzam się w całej rozciągłości. Ale... też mnie kusi, żeby spróbować :). Nie wiem po co, bo i tak nie chcę mieć w domu takich rzeczy... Jestem, jak to się mówi - manualna, a więc stale mnie ręce świerzbią, żeby w czymś podłubać, pokombinować, potworzyć. Są dwie dziedziny stałe w tym małym szaleństwie - dzierganie i malowanie. Inne - pojawiają sie i znikają :).
OdpowiedzUsuńFajnie jest czasem podłubać coś innego, po prostu. taki płodozmian jest chyba najzwyczajniej w świecie potrzebny :)
UsuńA z decou mocno mnie kusi, żeby jednak popróbować coś bardziej w moim kierunku. i już coś tam mi się roi pod czaszką. zobaczymy co z tego wyniknie :)
Jak lampion, to muszą być fotki "w akcji". Nie ma zmiłuj.
OdpowiedzUsuńJa też w zasadzie nie lubię decu, ale rozważam, bo jedn taka szafeczka u dzieciaków straszy....
No kurcze, może być trudno, bo już mi się udało go pozbyć ;)
UsuńAle obiecuję, z ręką na sercu, że jeśli wykombinuję jakiś jeszcze (ale już taki bardziej "mój"), to zdjęcia będą :)
Och jakże bliska jest mi Twoja filozofia.
OdpowiedzUsuńI z powtarzalnością decu też miałam problem. Popełniłam jednak kilka mebli, które strasznie lubię i motyle z serwetek przyklejam dzieciom na ściany jak się pobrudzi gdzieś ;-P.
Płodozmian tak! Ale druty to istota mojego istnienia :-D
I dlatego właśnie nie zamierzam się poddawać i szukać będę (choć pewnie nie bardzo intensywnie) własnej decu-drogi ;)
Usuń