

Zeszyt ma cudny pakowy papier w paseczki, czyli mój najulubieńszy z ulubionych. Jest też niestety klejony a nie bindowany, odpada zatem żurnaling wypukły. Zresztą i tak bardziej mnie ciągnie w stronę takiego:

No, może takiego z "czymś jeszcze":


A może jednak ciut bardziej kolorowaśnego?

Zresztą - zobaczymy co wyjdzie w praniu ;)
Póki co mam w nim mini porcję marudzenia, rozrysowane plecy sweterka i kilka szkiców do "super tajnego osobistego projektu" ;)
* nie pamiętam u kogo na to słówko natknęłam się po raz pierwszy, ale zapożyczam :)
Zdjęcia podrzucił wujek Gógiel
Witam w gronie "żurnalistów" ;)
OdpowiedzUsuńMartyno, nie ukrywam, że między innymi Tyś temu winna ;)
OdpowiedzUsuń"Czasami człowiek musi..." ;)
OdpowiedzUsuńGratuluję zapału. Zaintrygowana Twoim wpisem poszperałam trochę i myślę sobie, że to b. fajna sprawa. Tylko... ja bym po tygodniu najpóźniej rzuciła w kąt niestety :(. Tym bardziej - wielki szacun
Zapraszam po wyróżnienie!
OdpowiedzUsuńPozdrowionka!