sobota, 13 października 2012

AgatUl na chłody

A cóż to za dziwna nazwa dla sweterka? - powiecie. Ano - dziwna może, ale inna być nie mogła. A dlaczego? Cierpliwości, wszystko się wyjaśni... A oto i on, AgatUl właśnie.


Nie da się ukryć, że nadejszła ta przykra chwila, kiedy człowieka, nawet zadekowanego w domowych pieleszach, dopadają chłodki. I po nereczkach! I po pleckach! I po szyjce go! Brrrr...
Synek wprawdzie werbalnie takich problemów nie zgłaszał, ale już ja wiem swoje! ;)
I dlatego pojawiła się potrzeba sweterka cieplejszego niż bawełniany. Znacznie cieplejszego. Ale też takiego "z oddechem" - jak to u malucha być powinno. Czyli - wełenka, a nawet merynos.
Pojawiła się też potrzeba sweterka rozpinanego, bo Mały Gościu coraz bardziej jest ruchliwy i coraz mniej współpracujący podczas ubierania i dotychczasowe sweterki, wkładane przez głowę, trochę zaczęły być problematyczne. 
(Zwłaszcza irytuje mamę fakt, że zawsze, ale to ZAWSZE w pewnym momencie jeden rękaw, jeszcze niewypełniony synkową łapką, ląduje w-mgnieniu-oka w synka paszczy... I zostaje tam gruntownie wymemłany :) O dziwo innych nagórnych części garderoby Synior tak nie traktuje, tylko sweterki hand-made :) )
No a poza tym taki rozpinany sweterek można po prostu rozpiąć, kiedy zrobi się Ludzikowi cieplej, ale nie aż tak by rozdziewać się całkowicie.

Z połączenia tych potrzeb powstał pomysł wykorzystania Włóczek Nie Byle Jakich!


Czas jakieś temu Agata pokazała u siebie własnoręcznie ufarbowaną i uprzędzioną włóczkę. Jak można zobaczyć w komentarzach - spodobała mi się tak bardzo, że mnie nawet trochę zamurowało - a to nie jest częste zjawisko.
Jeszcze bardziej mnie zatkało gdy, będąc już brzuszatą, dostałam ten motek ot Agaty w prezencie (zdaje się, że tak mnie zamurowało, że nawet się tym prezentem tu nie pochwaliłam, zła ja).
Włóczka jest w pięknych szaroniebieskościogranatach, nieoddawalnych na fotografiach, wierzcie mi. Jest też mięciutka i ciepła, choć lekko, leciuchno podgryzająca - ale przecież nie planowałam robić podkoszulki ;) Na sweterek - jak znalazł! Miał się on nazywać Agat.


Ale właśnie: na sweterek? Czy wystarczy tworzywa? Nie miałam pojęcia - zwłaszcza, że nie zajrzałam na Agatowego bloga by stwierdzić, że mam tego 140 m :)
Dlatego postanowiłam zastosować najlepszą w takich razach metodę - wziąć to na ukochane druty "4" i "się zobaczy". Jak będzie wydajne - pykniemy sweterek. Jak nie - będzie ino kamizelka. Czyli - lecimy raglanem od góry. Rzecz jasna nie było mowy o próbkach, przeliczeniach itd - pełen spontan. Mniej więcej tylko "rozliczyłam naocznie" miejsca dodawania oczek i szerokość plis. Bo żeby sobie życie ułatwić i uniknąć wszelkich komplikacji - plisy robiłam razem z całością, jest to więc też Sweterek Zero Szycia.


Gdy oddzieliłam już oczka na rękawy i machnęłam ze 2 centymetry korpusu stwierdziłam, nie bez żalu, że i na kamizelkę mało będzie. Ale doznałam też olśnienia z czym Agatową włóczkę połączyć.
Wydostałam z woreczka strunowego nr 6* "zamówioną przez Synia" Reginę - czyli prezentową włóczkę od Ulki Zamotanej. Wiecie też już skąd Ul.
I tak narodził się AgatUl - czyli sweterek dla Synka z włóczek Synkowi dedykowanych. Ha!


Tu pojawiła się jednak "zagwozdka" - jak to zrobić, żeby nie rozdzielając Agatowej włóczki na dwa motki i nie kombinując zbytnio nadal mieć granatową listwę po zmianie koloru? Wymyśliłam, że listwa pozostanie granatową tylko po jednej stronie - wierzchniej "męskiego" zapięcia. Po stronie drugiej zwyczajnie robiłam do brzegu z włóczki białej. Efekt, moim zdaniem, całkiem fajny. A o ile łatwiej! Przy okazji też pierwszy raz w życiu spróbowałam zmiany kolorów w jednym rzędzie - nie było tak strasznie i może w niedalekiej przyszłości porwę się na jakieś wzory wrabiane (no to się teraz tą deklaracją wrobiłam...).


A że leniwa jestem po całości i nie chciało mi się w trakcie wyliczać odległości na dziurki - postawiłam na napy. Poza tym zatrzaski wydają się być mniej zagrożone "odnulpaniem" od całości ;) A nie oszukujmy się - poły prędzej czy później (stawiam na prędzej) zostaną przez Wita gruntownie wymemłane...


W efekcie tych kombinacji wynikających z włóczkowych ograniczeń oraz ograniczenia lenistwem powstał całkiem przyjemny i grzejący sweterek. 

tu widać, że nawet ładnie mi ta zmiana koloru wyszła ;)

Nad garderobą kupną ma on tę przewagę, że nie jest szeroki jak rozlewiska Wołgi i przykrótki jak luty w latach nieprzestępnych - jest dokładnie taki jak trzeba: dopasowany i zakrywający plery. Ma nawet coś w rodzaju stójki na karku - efekt wybitnie nieudolnego formowania dekoltu rzędami skróconymi. Cóż, nie pozostaje mi nic innego jak pocieszyć się tym, że na przodzie jest ok ;)


I chyba całkiem go Młodemu zazdroszczę... Taki jest cieplutki. Przy okazji odkrywam korzyść dodaną macierzyństwa: niekiedy wmawiam światu i sobie, że ON JESZCZE TAKI JEST MALUTKI I POTRZEBUJE DUUUUŻO TULENIA i... traktuję Witucha jak mały, przenośny kaloryferek ;)


Czas na dane techniczne, bo się coś zagapiłam ;)
Model: jak zawsze raglan od góry nieprzeliczany
Włóczka: Agatowa niebieska 140 m, waga nieznana, obstawiam, że mniej niż 50 g; Regina Adriafil, 1 motek
Druty: KP 4,0 mm


Jeśli miałabym coś zmienić, to dodałabym kilka oczek na przejściu z niebieskiego na biały. Bo jednak włóczka maszynowa jest generalnie cieńsza i sweterek w tym pasie jest minimalnie węższy. Ale nie jest to jakiś mega problem.


Całość leciałam gładko i nawet byłby sweterek dwustronny, gdyby nie jeden paskudny supełek w Reginie. Listwy są ryżowe - nie mija mi zachwyt tym jak piękny jest ten prosty ścieg...


No. To teraz byłaby pora, żeby zabrać się za coś cieplejszego dla siebie - bo naprawdę bywa już chłodno. Ale to raczej, w przeciwieństwie do Synkowego, nie będzie projekt trzydniowy... I dlatego Dzieć to fajna rzecz - ma się możliwość produkowania robótek ekspresowych ;)

A na zakończenie obrazek, a nawet dwa. Ostatnio Witucha (lat 0,41) odwiedziły kuzynki. Dwie na raz. O. (lat 8,67) i Emi (lat 1,37)... Się działo! W tym miejscu pokłony dla wszystkich mam ogarniających świat, w którym jest więcej niż jeden maluch... Szacun!



* żart, nie mają numerków. Póki co... ;)

środa, 3 października 2012

Pierwsze koty... zaploty!

Od dawna mnie korciło, ale w końcu to zrobiłam, zaplotłam pierwsze sznury szydełkowo-koralikowe :)

Przedwczoraj, na fali niechcemisizmu i jakiegoś takiego zniechęcenia drutami (!) i szyciem (tu winne jest sięrozkładanie głównie) sięgnęłam po zakupione jakiś czas temu koraliki, szydełko, grubą zieloną nić i kurs przygotowany przez koralikową mistrzynię - Weraph.
I powstała ona - pierwsza żmijka.
 

Najbardziej bałam się chyba nawlekania koralików. Nie miałam specjalnej igły (czy co to tam jest), a nie chciałam robić zakupów nie mając pewności, czy mi się spodoba. Poza tym - chciałam spróbować już, natychmiast. Więc zanurzyłam na chwilę końcówkę nici w bezbarwnym lakierze do paznokci, odcisnęłam palcami nadmiar, naciągnęłam i poczekałam aż wyschnie - sprawdziło się :)
A potem zaczęłam szydełkować. Kurczę! Weronika tak to wytłumaczyła, że nie miałam najmniejszego problemu z załapaniem. I w jeden wieczór powstał powyższy sznurek. Celowo wybrałam wersję bez zmian kolorów - nie miałam cierpliwości liczyć sekwencji przy nawlekaniu. Jednak koraliki były na tyle ciekawe, że efekt jest bardzo fajny.

A drugiego wieczoru, wczoraj, postanowiłam poszaleć. Przejrzałam całą bibliotekę wzorów. I powstało to :)


Delikatny kwiatowy wzór autorstwa Mariam Nahapetyan. Miał być zupełnie inny, ale nie udało mi się w pobliskim empiku dostać potrzebnych kolorów koralików. Więc kupiłam inne, przejrzałam zapasy i nawlokłam - o tak


A tu front robót :)


Natomiast dziś, jak na skrzydłach, leciałam do sklepu z półproduktami do biżu, by moje pierwsze sznurki przemienić w bransoletki. I oto są!

Kwiatkowa dla O.



I migotliwa dla Mamy - bo zdecydowanie za rzadko coś jej podarowuję!



A tak prezentują się w komplecie. Normalnie nie mogę się na nie napatrzeć!!


I, oczywiście, wpadłam jak śliwka w kompot. Już mam mnóstwo planów, pewnie spróbuję swoje wzory tworzyć, poczyniłam nieprzyzwoicie duże zakupy "dodatków"...
I tylko jedno nie zmieniło się nic a nic - nadal okropnie nie cierpię tego całego łączenia elementów w gotowy wyrób biżuteryjny... Nie mam do tego cierpliwości, co pewnie wynika też z faktu, że nie mam odpowiednich narzędzi. 


I dobrze, niech tak zostanie. 
Dzierganie czasem sznurków - owszem, bo szybko, miło, nienudno; bo nie ma dużo rozkładania i efekt jest natychmiastowy. Ale jednak czasem warto pomęczyć się kilka wieczorów więcej i wdziać później na plecy zrobiony przez siebie sweterek.
Bo jednak druty my BIGGEST love! :)

piątek, 28 września 2012

Nie-chce-mi-się nic...

Jejuuuu, ależ mi się nie chce :/
Od połowy ubiegłego tygodnia niechciejstwo wywoływał katar, no masakra. Jak już se poszedł to czekała na mnie taka góra zaległości (nie nie, nie chodzi o jakieś tam banalne ogarnianie chaty czy cuś, nie; o MOJE zaległości chodzi), że sama myśl o odkopywaniu czegoś spod tej sterty mnie zniechęcała do działania...
Jak już się w końcu zabrałam i kupiłam dziś polar na jedną rzecz, to po przytachaniu go do domu odkryłam, że to jednak nie ten odcień czerwieni i że ten nie gra mi z moją bielą... Wierzcie, może tak być :/
No opad kończyn...
Tu drobna wtrętka - jak ktoś jest chętny na czerwony polar w ilości 3 mb (szerokość 160 cm) i jest z Poznania lub okolic to chętnie odsprzedam. Kolor bardzo ładny, tyle że nie mój. W tym jest jednak o kilka kropel maliny za mało. A jednak nie jest to też pomidor ;)

Ale! Idzie ku dobremu, gdyż wykonaliśmy dziś z mężem od dawna planowaną przeróbkę salonowego mebla - szczegóły wkrótce. I naprawdę tylko trochę nastrój psuje mi fakt, że to coś z polarem miało być do kompletu :/ No nic, namiar na polar właściwy już mam, wystarczy zrobić "klik", zrobić "pay" i poczekać kilka dni na kuriera ;) I zszyć, pociąć, spiąć. Ale to w przyszłym tygodniu...
Na razie mała zajawka - projekt salonowy będzie biało-czarno-odpowiednio_czerwony

 
A tymczasem odkopałam zdjęcia, które leżą i czekają czas jakiś. 
Ostatnio bowiem trafił mi się nie lada ŁUP! O taki


Siostra mej mamy, czyli ciocia M., na niedawnym spotkaniu babskim, gdy usłyszała, że szyję, zaproponowała bym do niej wpadła bo "ma trochę tkanin". Boże na niebiesiech! Trochę! Przytachałam wielką torbę, a musicie wiedzieć, że brałam tylko to co mi się naprawdę bardzo podobało, żadnych tam "może być", albo "nie mój kolor ale się przełamię". A wybierać było z czego, same materie lekko już "vintage", głównie z połowy lat '80 gdy kupowało się "bo było". I całkiem spore kawały, tak średnio po 3 metry bieżące, jest więc z czego ciachać.
Materiały kiedyś opatrywano metkami, sporo się ich w ciocinej kolekcji zachowało. Tu mamy np. "elanę koszulową" o wzorze "Damazy 90" i o cudownych właściwościach, włókno jest bowiem "przeciwbrudowe" :))


A wszystkie tkaniny popakowane były w worki i papiery, równie "vintage" :))


No i do mojej kolekcji dołączyło ostatnio kilka materii samodzielnie zakupionych ;) Mam więc z czego szyć :)


Jako że moce przerobowe mam jednak ograniczone Dzieciem, a i nie wszystkie tkaniny są na sezon chłodów odpowiednie, całość została popakowana w nowe woreczki (strunowe, rzecz jasna; chwalę siebie za zakup 100 sztuk ;) ) i posortowana. Na zaś, Na teraz, Na cito.


Kupka "Na zaś" została następnie spakowana w ulubione pudło i wyekspediowana do piwnicy (tu podziękowania dla męża, który do piwnicy zanosi i z piwnicy przynosi różne dobra kiedy tylko żona sobie tego zażyczy, chwała mu!).


Kupka "Na teraz" natomiast spowodowała wywleczenie Burd...


... a po ich przejrzeniu zapadły decyzje. Jak się wydawało - wiążące. 


To wszystko jednak działo się "przed katarem", a jak wiemy z przydługiego wstępu - katar spowodował upadek moralny i załamanie formy "rękodzielniczej". Dziś jednak tak mnie "sprawa polaru" wnerwiła, że postanowiłam nastrój sobie poprawić skrojeniem koszuli, co - niniejszym zaświadczam - uczyniłam.

Ponadto odnotowuję pojawienie się w okolicy chłodów. Póki co - przeplatanych ociepleniami (oby jak najdłużej!!), ale, zawsze, chłodów! Chłody mogą mieć i dobre strony (ich dostrzeganie nie powinno być jednak interpretowane jako akceptacja tego chłodnego stanu rzeczy), takie natomiast, że zachciewa się człowiekowi kalorii. Dobrych kalorii. Ściślej - smacznych kalorii.
W tym roku po raz pierwszy w życiu wykonałam racuchy. I z miejsca oszalałam na ich punkcie. Gdyby nie świadomość, że mają jednak dość ograniczony zasób wartości odżywczych - byłabym skłonna przy chłodach jeść je codziennie... To o tyle dziwne, że lata całe żyłam w przekonaniu, że racuchów nie znoszę.


Ponadto - rzecz jeszcze bardziej niesłychana - upiekłam cisto. Nie byle jakie - ciasto wg WŁASNEGO PRZEPISU, a może raczej należałoby powiedzieć - z głowy. Na oko, na czuja, spontanicznie. Ciasto bananowo-jogurtowe. Wyszły mi dwie keksówki i - dzięki wam kuchenni bogowie - było pycha :) Wilgotne, ciężkie, nie za słodkie. Jak mi się przypomni co też ja tam wrzuciłam - będzie powtórka ;)


A świeże ciasto, jak wiadomo, lubi być przykryte ale z dostępem powietrza. Idealnie się wówczas sprawdza ściereczka, zwłaszcza taka (wykonana jakiś czas temu na otwarciu Concordii) z napisem "ZROBIŁAM TO SAMA" - no jak znalazł! :)


W dziedzinie samorobienia rękodzielniczego, zdaje się, będę miała następcę. Potomek został bowiem ostatnio przyłapany na... rozliczaniu oczek Brum brummma ;)

czwartek, 20 września 2012

Aaaaaa czapkę DROGO sprzedam! :)

Wiecie, że nie znoszę dziergać na zamówienie? Wiecie!
A tym razem nie dość, że będę, to jeszcze sama to zaproponowałam! Jak to? A tak to!


Z historią Ziemka możecie zapoznać się tu. A tu profil Ziemkowych Przyjaciół na facebooku. Jest tam też mnóstwo innych fajnych aukcji - osobiście zamierzam zostać golfistką ;)
Jeśli moja czapa Wam nie w smak - możecie skusić się na coś innego. Ale uwaga - "usługi" dostępne są na terenie Poznania. A poza tym - lajkujcie, udostępniajcie.

Poza aukcjami które trwają do 22 września do północy jest jeszcze jedna fajowa akcja - zbieramy zakrętki. 
Jakie? Różne różniste. Ważne by były z grubszego niż butelkowy plastiku i były pozbawione miękkiej pianki (kremy, kosmetyki) czy papieru (kawa), które są pod spodem.


Jeśli jesteście z Poznania sprawa jest prosta - wrzucacie nakrętki do specjalnych pojemników, choćby w Starym Browarze. Jeśli nie, a chcecie się przyłączyć - piszcie na mail, coś wymyślimy :)

poniedziałek, 17 września 2012

Sfoć się!

... czyli kilka rad jak zrobić sobie zdjęcia. A raczej - jak JA to robię. Bo każdy może mieć metody inne i wcale nie znaczy to, że moje są lepsze :)
Mój domowy fotograf ostatnio zgodził się bym sesję machnęła sama (tak tak, musiałam go prosić ;) ) i przy okazji powstały zdjęcia do tego mini przewodnika.

No to lecimy!

1. Zrób się! To bardzo ważne. Po pierwsze - to jak wyglądamy ma wpływ na to jak się czujemy, to z kolei na to, jak wychodzimy na zdjęciach. Po drugie - o ile tylko mogę do zdjęć robię sobie specjalny makijaż. 
Na czym polega jego "specjalność"? Makijaż taki z pewnością jest mocniejszy niż codzienny, szczególną uwagę zwracam na korektę cieni/przebarwień i zmatowienie skóry (tak, można sobie zrobić "tapetę"), podkreślenie oczu (ale raczej jasny/beżowy cień + delikatna kreska niż obrysowanie ich kredką wokół; koniecznie mocne wytuszowanie rzęs!), zaakcentowanie policzków (żeby twarz nie była płaska), podkreślenie brwi (u mnie bez tego niemal giną) i ust (intensywniejszy kolor ożywi twarz i zdjęcie, o ile nie mamy ich sprawdzonych - należy unikać pomadek ciemnych, a dla większości typów urody najbezpieczniejsze są pomadki dość jasne). 
A następnie zrób sobie zdjęcie "kontrolne" - najlepiej z głupią miną, ot tak, dla poprawy nastroju i rozkręcenia się przed sesją ;)


Na tym etapie wybieram też strój - to co założę prócz "rzeczy właściwej". Czasem warto postawić na kontrast (czerwony top do Marynarza), czasem tło wybieram bardziej neutralne (TOTO). Zastanawiam się też nad tym gdzie i jakie zdjęcia chcę zrobić, czy sesja ma mieć jakiś szczególny charakter czy też robię zdjęcia-zwyklaki pod ścianą.

2. Zrób miejsce! Zakładamy, że sesję robimy sobie w domu (bo na ogół jest to konieczność) - i dobrze! Przynajmniej możemy czuć się swobodnie. 
Wystarczy znaleźć takie miejsce, gdzie będzie dla nas jak najmniej konkurencji. Szukamy więc możliwie dużej jasnej ściany, która będzie stanowiła tło. Jeśli się da - usuwamy z planu meble (nim pojawił się narożnik odsuwałam spod ściany kanapę; teraz to już niemożliwe, więc narożnik został potraktowany jako część planu). Oczyszczamy przestrzeń.

przed

po
 
Warto zadbać też o tzw. "odejście", czyli o odpowiednią przestrzeń między nami a aparatem. Chodzi nie tylko o to, by nas "objęło", zdjęcia "z powietrzem" po prostu wyglądają lepiej. A zawsze możemy nadmiar przestrzeni wokół przyciąć.
Aparat musimy na czymś postawić. Tym razem pomógł mi prosty statyw - znalazłam taki staroć u dziadka! :) - coś podobnego (a nowego) można kupić w necie już za 20 zł)


Ale nie musimy go wcale mieć. Równie dobrze sprawdzi się stół, półka, lodówka - cokolwiek co będzie się znajdowało w pobliżu i na odpowiedniej wysokości. Ja dotąd robiłam zdjęcia z regału.
Za każdym razem robimy zdjęcia kontrolne - to pomaga nam ustalić nie tylko czy w plan wchodzą nam rzeczy niepożądane (jak półka na zdjęciu poniżej, pomogło przesunięcie aparatu na sam jej brzeg), ale też zobaczyć czy się mieścimy i czy ustawienie nie wymusza na nas jakiegoś dziwnego wygięcia. No i można potrenować miny ;)

tu trening min konieczny!
pokazanie tego zdjęcia zakrawa na heroizm
wyglądam okropnie i ta pomięta bluzka!! ;)

plan prawie ok (zostało odsunięcie kanapy)
ale bluzka nadal pomięta ;)

Kiedy mamy już wszystko sprawdzone nie przesuwamy więcej aparatu i zapamiętujemy sobie gdzie stawać ;) I oczywiście robimy foto kontrolne


3. Zrób światło! Oczywiście najlepiej byłoby korzystać ze światła dziennego, ale nie zawsze jest to możliwe (w realiach naszego klimatu - bardzo rzadko ;) ). Tym razem zdjęcia robiłam późnym wieczorem - częściowo dlatego, że nie mogłam się doczekać by Marynarza pokazać, a częściowo dlatego, żeby pokazać, że nawet z takich zdjęć wieczornych da się coś wyciągnąć.
Zasada ogólna jest prosta - im więcej światła tym lepiej. Każdy luks się liczy! Poza tym - światło się rozproszy, nie będziemy rzucać jednego wielkiego cienia. Do zdjęć zapaliłam więc nie tylko wszystkie światła górne, ale też na stojącej obok "planu" szafce ustawiłam skierowaną na siebie lampkę biurkową. Jak widać nie trzeba specjalistycznego sprzętu. 
Jeśli pomieszczenie jest ciemne, albo koło nas stoi jakiś ciemny przedmiot (np. wielka ciemna szafa) warto zarzucić na niego jasne prześcieradło, nawet jeśli nie łapie się on w kadr. Wierzcie mi - będzie różnica, bo jasna tkanina będzie odbijała światło.

Na tym etapie bawimy się też ustawieniami aparatu. Przyznaję się, że 90% swoich zdjęć robię w opcji "auto". Ba! Mój obecny aparat sam przestawia się na makro gdy uzna, że to dla mnie lepsze, a ja mu wierzę. Ale w warunkach trudnych przełączam się na manual, co nie znaczy wcale, że się jakoś szczególnie zagłębiam w instrukcję :) Tym razem po prostu przestawiłam się na światło sztuczne, minimalnie zmieniłam przesłonę i czas. Wszystko metodą prób i błędów - wybrałam to, co mi lepiej wyglądało w okienku :)
Ustawiamy aparat na samowyzwalacz. 10 sekund wystarczy (chyba, że mamy daleki dystans do przebycia :) )

4. Zrób dużo zdjęć! Im więcej tym lepiej. Nawet jeśli chcemy wykorzystać tylko kilka - zawsze warto mieć zapas.
Powdzięcz się - uśmiechaj się do aparatu, wypróbuj różne miny, pozy. Początkowo możesz czuć się głupio, ale nie szkodzi. A może odkryjesz pozę idealną?
Co jakiś czas przeglądamy efekty. Może dotąd nie został pokazany jakiś ważny detal, wszystkie zdjęcia przedstawiają ten sam bok, albo okaże się, że - delikatnie mówiąc - ta mina to "nie był najlepszy pomysł"? Lepiej dopstrykać co trzeba nim jeszcze mamy "plan" rozstawiony.


5. Zrób korektę! To, niestety, konieczne. Ale wcale nie tak trudne jak się wydaje.
Jest mnóstwo fajnych, darmowych programów, które nie tylko pozwalają zdjęcie przyciąć (żeby wywalić tę kanapę, której się nie dało już dalej przesunąć), ale też rozjaśnić, podkręcić kontrast czy zamalować np. niepożądany cień.

przed

po

Na powyższym zdjęciu korekta jest minimalna: kontrast, światło, zamazany cień. Różnica nie jest "ogromna", ale zdjęcie wygląda lepiej.

Darmową korektę umożliwiają m.in. Picasa i GIMP, a ciekawą szkółkę dla photoshopa prowadziła na forum craftladies Sasilla - nawet jeśli PS jest poza Waszym zasięgiem to można ją przejrzeć, bo programy są podobne. Warto też poeksperymentować samemu, bo każdy ma ciut inne oczekiwania (np. wiem, że moje zdjęcia dla niektórych mogą być "przepalone", a ja lubię takie skontrastowane).

I to by było na tyle :)
Mam nadzieję, że nie czujecie się rozczarowane, że nie był to taki typowy tutorial i że moje wskazówki choć trochę się Wam przydadzą.

A już jutro - post szyciowy. Mam nadzieję...