Art-Piaskownica znów rzuca wyzwanie. Staję. I fotografuję dopiero co przyniesione z piwnicy hiacynty. Ani na chwilę nie przestając się zachwycać, jak widocznie z każdą godziną wchłaniają w siebie coraz więcej słońca....
I jeszcze na dokładkę
Nawinęła mi się forsycja jeszcze. Czy wspominałam, że uwielbiam wiosnę?
niedziela, 13 marca 2011
sobota, 12 marca 2011
WAC 9/III - album Mely
Ten wpis albumowy powstał po dłuuugiej przerwie. Zawirowało mi w życiu wtedy i ostatnie o czym myślałam, to jakiekolwiek crafty. Album poleżał więc w szafie, razem z dwoma czy trzema innymi, ładnych kilka miesięcy.
A później wszystko się uspokoiło. I o tym też ten wpis do albumu jest, bo Mely nadała mu temat "nastroje".
Och, czegóż tu nie ma? I papiery (wydruk papieru z shabby princess), i znaczki (a jakże!), i fragment encyklopedii, i kwiatki, ćwieki, akrylowe kropelki, i ... kropelki na kwiatkach zrobione magikiem. I na dokładkę napis z wytłaczarki, cytat z ulubionej piosenki, guziki i zwinięte z Taty garażu podkładki. Misz-masz totalny, tak jak misz-masz ma się czasem w nastrojach. I kolorowo i czarno, oczywiście. I doły i szczyty.
Bardzo lubię ten wpis - dlatego, że wróciłam nim do zabawy i dlatego, że świetnie mi się go robiło. Nie wiem czy Mely go dostała - jak już wspominałam cała ta edycja WAC nie potoczyła się tak jak miała. Ale każdy kolejny wpis do albumu był fajną przygodą i choćby dlatego - było warto.
czwartek, 10 marca 2011
Szuszi?
Nie samą włóczką żyje człowiek, czasem już naprawdę musi coś zjeść...
Brahdelt pytała o "nasz dzień", ja wybrałam sushi. W domu.
Od razu uprzedzam - nie jestem znawcą. Wiem tyle, że szykowanie tych zawijasów sprawia mi frajdę i bardzo mi smakuje to co ulepię. Z drugiej strony - myślę, że jakoś dramatycznie tradycji nie gwałcę - kilka książek o sushi przejrzałam i wynika z nich na ogół, że dodatkiem może być niemal wszystko, byle ryż był odpowiednio przyrządzony ;)
W naszych siedziały: wędzony łosoś lub makrela, marchewka, kalarepka i papryka czerwona pokrojone w słupki (w wersji surowej i delikatnie podgotowanej, ale wciąż chrupkiej), szczypior, czarny kawior, wasabi, majonez, czarny sezam i sałata zielona. No i oczywiście nori! Uwielbiam ich smak...
Pobawiłam się za to formą, były i maki i tekkamaki i temaki, a nawet odwrócone maki :) Jakoś za to nie kręcą mnie i nie kuszą nigiri, może następnym razem...
Ale z imbirem to się nie pokochaliśmy... ;)
PS. Udało się ocalić kilka sztuk jako śniadanie do pracy na następny dzień - rewelacja!
poniedziałek, 7 marca 2011
Janioł
Pamiętacie prezentową ramkę-lusterko? Okazuje się, że służy całkiem nieźle, całej rodzinie :)
Co mnie oczywiście cieszy, gdyż jest to rodzina fajna bardzo.
W jakiś czas po ramce powstał do kompletu specjalny Janioł-opiekun. Dedykowany. Na wyłączność. Już nie do podziału - on bowiem jest wyraźnie oznaczony.
Oznaczony znów abecadłem, a jakże!
Janioł powstał jako reinkarnacja Anioła, którego dostałam jakiś rok temu. Nie, żeby stara wersja była be - nie była. Ale jakoś się z Aniołem nie pokochaliśmy. Podobała mi się jego prosta forma, mniej detale (koronka, perełki i czerwień w różowe serduszka). Podobała jego zadziorność, mniej to, że - nie da się ukryć - jest durnostojką. A durnostojek unikam od jakiegoś czasu jak mogę. Anioł więc wywędrował , najpierw jednak zmienił się w Janioła, wdziewając białą szatkę.
Żeby nie było mdło - są kolorowe znaczki i kredką malowane szlaczki.
Ma też miedziane (przyprószone bielą, oczywiście) włosy i zadziorny kredkowy uśmiech.
Całość jest pociągnięta bezbarwnym lakierem akrylowym, więc nieścieralna, nieździeralna i bezpieczna.
Drutowo - oczywiście - znów się dzieje. Znów z Glorii. Znów gołębiej. Tym razem to chyba jednak tylko kolor przejściowy - bo innej Glorii dostać mi się nie udało. A ten popiel powinien się łatwo dać farbować. Być może te warkocze ostatecznie będą miały zupełnie inny kolor. Być może - bo zobaczymy jak wyjdzie :)
Marzą mi się szmaragdy, nasycone morskości, może głębokie fiolety... A z drugiej strony, do spódnicy, za którą chcę się wziąć lada dzień, właśnie ta szarość najlepiej by pasowała.
Na zakończenie - uśmiech raz jeszcze (bo się powstrzymać nie mogę )
piątek, 4 marca 2011
Wodorosty i KMD (uwaga! post z typu straaaasznie długich i przegadanych)
Dziergam. Intensywniej niż kiedykolwiek chyba. Sprzyja pogoda (zimno, bleh...), nastrój (bleh...), brak motywacji do opuszczania Przytulnego Kątka w Fotelu (pogoda + nastrój = bleh...). I sprzyja to, że normalnie chcą żebym dziergała. Oni. Ludzie! ;)
Na przykład taka Dobro Dobro ;)
"Kiedyśtam" dostała jej się e-Mily. Od razu zapragnęła więcej, w końcu dałam się namówić na Pasiaka-Zygzaka. Jak tylko go skończyłam - chciała jeszcze więcej. Ale byłam dzielna, nieugięta i w ogóle... zajęta dzierganiem dla innych ;)
No i oczywiście miałam mocne postanowienie "nic na zamówienie". Uhm, jasne...
Zrobiłam męskie skarpety i od razu zachciało mi się skarpet kolejnych. Ale jakoś nie miałam weny (i włóczki) na swoje, więc - sama zaproponowałam "to może Tobie Ci zrobię" ;) Wybrałyśmy włóczkę, odczekałyśmy swoje na przesyłkę, i się zabrałam.
Model: własna improwizacja na temat Prostej Skarpeciochy
Włóczka: Design Line, kolor (chyba) 4260, coś ok 50-60g, no może 70...
Druty: KP 2,5 mm
Brak modela (a w zasadzie modelowej nogi) pod ręką trochę sprawę utrudnia (zwłaszcza jak modelowa noga właśnie świat zwiedza...), ale w +- 2 tygodnie średnio intensywnego dziergania połączonego z podpruwaniem - powstały Wodorostowe warkocze. No nic nie poradzę, że mi się tak ta włóczka kojarzy (w rzeczywistości ma w sobie duuuużo więcej zieleni niż na którymkolwiek ze zdjęć, ale to pierwsze chyba realiom najbliższe; teraz się już nie dziwię, że nigdzie w sieci nie trafiłam na oddające kolor foty).
Skarpeciochy zostały ozdobione warkoczem biegnącym bliżej zewnętrznych krawędzi stóp, dzięki czemu łatwiej można ustalić, która jest prawa, a która lewa :)
Są dość niskie - zgodnie z zamówieniem; tylko ok 15-16 cm od pięty do końca ściągacza 3x2.
Niestety nie udało się uniknąć małych dziurek przy pięcie, ale pracuję nad tym i mam pomysł jak to rozwiązać w przyszłości :) Bo tak, będzie więcej skarpet. Wpadłam jak śliwka w kompot!
No dobra, ale skarpety ostatecznie skończyłam przecież pierwszego, a dziś już czwarty... W sam raz tyle czasu, żeby uporać* się z testem Kamizelki Urodzinowej Lete.
Zgłosiłam się na ochotnika, bo strasznie mnie jej prostota zaciekawiła. No i chciało mi się podziergać z merino, które Lete tak chwaliła :)
Zgłosiłam się i... uświadomiłam sobie, że nie bardzo mam w okolicy najbliższej małego chłopca :)
Znów więc to ja zaproponowałam współpracę Dobro Dobro.
Zanim jednak o robótce samej, wspomnieć muszę o Zamotanej Ulce - jest niesamowita! Nie wiem jak ona to robi, ale jej przesyłki dochodzą najszybciej. Włóczka zamówiona we wtorek ok 13:00 w środę o 8:30 była u mnie. Czad, nie?
Z włóczką w łapkach mogłam już oddawać się testom w pełni. I tak oto, w trochę więcej niż 24 h, powstała Kamizelka Młodego Gentlemana
Wzór: Birthday Boy Vest by Lete
Druty: KP 4,0 mm i 3,5 mm
Kamizelka bardzo mi się podoba - tak sama bezszwowa konstrukcja, jak i łączenie pasków rządkiem francuza. Ale najbardziej podobają mi się wykończenia (u mnie nieco zmodyfikowane przy podkrojach pach i dekolcie w stosunku do oryginału, bo robiłam ciut większą i leciałam na oparach włóczki) - bardzo są efektowne, a proste. W ogóle cały model - prosty a efektowny. I błyskawiczny.
Włóczka - fajna, choć cena najniższa nie jest (przy rzeczach większych niż dla maluchów te kilka-naście motków robi kwotę...), po zmoczeniu do blokowania na chwilę przyprawiła mnie o kołatanie serca - nie sądziłam, że stanie się aż tak wiotka. Ale zblokowała się pięknie, a kamizelka jest mięciutka.
A teraz chwilowo na druty mam domowy szlaban :) No i może słusznie, kilka rzeczy do szycia czeka...
Na zakończenie - wiosna, tak tak. Póki co taka udomowiona, ale czuć ją już i w powietrzu (powiedziała zakatarzona Iza i poszła spać)
* to nie jest dobre określenie - test był superfrajdą i zabawą wszak. Ale innego znaleźć jakoś nie mogę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




































