wtorek, 22 października 2013

Ejber w alpace

Dobra, ejber ze mnie żaden, bo ani "mężczyzna", ani postura nie ta... Ale dla mnie ejber to przede wszystkim rojber. A postawę na pierwszej focie mam iście kozacką, więc niech tam ;) Poza tym ejbry zwykle stoją w "nieciekawej okolicy", jako i ja :)

Niesiona falą Waszych pochwał za kieckę i zachęcona piękną wiosną dokoła cyknęłam (używając do tego celu jak zwykle męża i jego niewyczerpanych pokładów cierpliwości) kolejną sesję plenerową. Garażową ;)
Garaż nie nasz, ale staram się ostatnio poskromić cztery kółka (jedno z tzw. Wyzwań Jesiennych Izy), więc jest w temacie ;)

I za nic miałam zdziwione spojrzenia nielicznych spacerowiczów gdy wyginałam swe ciało w promieniach słoneczka, bo rozpierała mnie duma i radość - oto Sto Lat Dziergany został wreszcie Udzierganym!


Historia tego swetra jest dłuuuuga i mało fascynująca (głównie wydłużało ją moje lenistwo i brak zapału do wydziergania drugiego, baaardzo długiego rękawa), dość powiedzieć, że na samą włóczkę zamówioną w zwykle ekspresowej e-dziewiarce przyszło mi czekać koło miesiąca bo kompletowały się inne motki, które w tym zamówieniu były (oczywiście za mą zgodą, e-dziewiarka grzecznie mnie o cierpliwość poprosiła telefonicznie głosem przemiłym męskim).


Później dziergało się całkiem miło, choć robienie sweterków ściśle wg opisów to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej... Ale dla Effciowego Ruby Tuesday zrobiłam wyjątek i modyfikacji nie było. Do momentu gdy doszłam do zamknięcia oczek na dole...


Sweterek dziergałam w wersji ekstremalnie dopasowanej. Żebym w ogóle się mogła w nim zapiąć konieczne było utrzymanie elastyczności brzegu ściągacza. Metod elastycznego zamykania - milion. I żadna mi się nie podobała... Aż trafiłam na tzw. włoskie zamykanie oczek (inaczej tubular bind off). To był strzał w dziesiątkę! 
Wprawdzie początkowo stwierdziłam, że w życiu nigdy nie uda mi się tej metody opanować, bez szans. Ale nie poddałam się i voila! Jest on, najpiękniejszy brzeg na świecie. Cudownie elastyczny i wracający do wersji ciasnej.


Teraz śmigam igłą już tak sprawnie, że nawet zamknięcie mankietów na okrągło nie stanowiło żadnego problemu :) I jest, jak mówią na filmikach, "sssssoł streczi" :)


Włoczka - Babyalpaca Silk DROPS'a - początkowo nie pałałam do niej miłością. W trakcie roboty sweterek był owszem miękki, ale przede wszystkim kłaczący i gryzący. Po blokowaniu - bajka. Pięknie trzyma formę, lekko lśni. I grzeje! Słoneczko wczoraj wprawdzie też dawało radę, ale i sam sweterek zadbał o to bym nie zmarzła.


No i oczywiście problem - poza strasznie się dłużącymi rękawami - największy. Guziczki. Nienawidzę kupowania guziczków :) Nigdy nie ma takich jakie sobie umyślę. Poza tym, przy dwunastu dziurkach, a tylu dorobiłam się w moim sweterku, potrafią wygenerować całkiem okrągłą sumkę do zapłaty ;)
Na szczęście tym razem znalazłam coś, co po przyszyciu mnie nie rozczarowało. I nawet trzyma się w dziurkach.


Na koniec, dla wytrwałych, metryczka. Oto mój Puder w detalach:
model: Ruby Tuesday by Effcia
włóczka: Babyalpaca Silk, kolor 3125 (gaciowy róż, przez niektórych zwany, eufemistycznie, pudrowym)
druty: KP 3,5 i 3,0 (ściągacze)


Kocham go <3 br="">
Jest piękny.
Jest miękki i przytulny.
Pasuje do wszystkiego (mam w tej chwili na sobie mój Puder w wersji biurowej).
Daje mi ciepło.
Daje poczucie luksusu (to najlukśniejsza włóczka z jakiej dotąd dziergałam; moja miłość  do Medusy nieco przybladła...).

A teraz dziergam koralikowy sznur, który połączy sukienkę i sweterek. O.

niedziela, 20 października 2013

Chęchy

Na dzień dobry - wyjaśnienie dla tych, co nie stąd. 

W metaforycznych chęchach bywam ostatnio dość często: w gąszczu spraw przeróżnych, nowych, trudnych. I zupełnie nie pozostawiających czasu na robótkowanie. Przynajmniej do czasu.
Ale... jak zawsze widzę i strony dobre - jak już się przez te chęchy, uzbrojona w maczetę izowego uporu, przedrę - jest fajnie :)
Więc tak sobie zawodowo karczuję nowe tereny. Się chciało zmian, się ma :) I w sumie - się zmiany ocenia pozytywnie.

A żeby pracowało się dobrze - trzeba się dobrze ubrać. Dla mnie w pracy dobrze to wygodnie. I elegancko. Ale z pazurem. Po mojemu.
Czyli: obcas i spódnica, ale sweterek nie żakiet. Czyli: wąsko, ale elastycznie. Czyli: niby klasycznie, ale jednak nie do końca.

Zrobiłam więc ostatnio duuuużo zakupów.
Także materiałowych, bo nie wszystko co mieć bym chciała udało mi się w sklepach znaleźć.

Za to, o dziwo!, znalazłam trochę czasu na szycie.
To wieeeelkie podziękowanie dla Oli - szyje, mamuje, pracuje. Powtórzę: szyje. Dużo! I bardzo fajnie. No sorry, ale skoro ONA może, to dlaczego nie ja? - tak pomyślałam i się zawzięłam.

I uszyłam. Sukienkę z dzianiny punto.


Prostą, szarą. Uniwersalną. Do biura i w chęchy na spacer. Do biura, rzecz jasna, noszę ją zupełnie inaczej: szpilki, żakiety, biżuteria, usta, te sprawy.


I nawet całkiem grzejącą - w zestawieniu z chustą od Intensywnie Kreatywnej to już w ogóle :)


Sukienka to model z najnowszego burdowego Szycia krok po kroku. Kiedy tylko otworzyłam ten numer wiedziałam, że muszę ją mieć. 
A chwilę wcześniej kupiłam metr punto. Wprawdzie burda przewiduje na ten model znacznie więcej (i to z rękawkiem tuż za łokieć), ale stwierdziłam, że kto jak nie ja? Dam radę!


Co mnie w niej urzekło? Ciekawa konstrukcja. Nietypowe są nawet zaszewki na biust (jedna zaszewka w zasadzie). Muszę przyznać, że miałam z tym nieco problemów i gdybym zdecydowała się szyć dokładnie wg opisu (czyli w burdowej kolejności) to z pewnością nie byłaby tam gdzie trzeba. Dlatego poczekałam aż gotowa była cała reszta - łącznie z wszytymi rękawami - i to było dobre rozwiązanie.


Na bokach sukienki są kliny, które bardzo fajnie modelują talię. Mam bardzo wąskie biodra, więc generalnie sukienki-tuby źle mi robią, ta - dawała nadzieję. Podejrzewam, że ten efekt byłby bardziej spektakularny, gdybym szyła jak burda zaleca z kontrastowych tkanin. Ale zależało mi na sukience maksymalnie uniwersalnej i wprowadzenie jakiegokolwiek innego koloru (nawet czerni) już by tę uniwersalność zmniejszyło. Ale nie wykluczam, że wersję bi-kolor jeszcze machnę.


A i tu efekt oczekiwany - jest. Talia - jest! :)


Burda przewidziała na plecach zamek. Ponieważ punto jest elastyczne w poprzek udało się z niego zrezygnować. Przy dekolcie na plecach jest tylko małe pęknięcie zapinane na guziczek.


No to lecimy z metryczką:


szkic ze strony burdy

rozmiar: 34
materiał: ciemnoszare punto (80% akryl, 20% wiskoza) w lekki poprzeczny prążek, szerokość 1,50m, 1mb
modyfikacje:
- przedłużone rękawy
- wyeliminowany zamek
- lekko pogłębiony podkrój szyi
- nie dodawałam zapasów na szwy, w ogóle!

No właśnie. Z burdowymi wykrojami doświadczenie mam na tyle duże, że już wiem, co muszę w nich zmieniać. Przede wszystkim rozmiar. Nawet 34 wypada tam na mnie za duże (zwłaszcza w tych nieszczęsnych biodrach). Dlatego tym razem, wiedząc, że mam za sobą elastyczność tworzywa, olałam dodawanie zapasów. I wyszło to sukience na dobrze. wprawdzie jest dość opięta, ale myślę, że nie przekracza to granic dobrego smaku ;)

Z tego też powodu zrezygnowałam z zamka na plecach (nie, wcale nie chodziło o lenistwo, lubię zamki wszywać) - uznałam, że na dopasowanej elastycznej sukience może się taki dłuuugi zamek marszczyć. Zrobiłam więc guziczek z pętelką. 
W tym miejscu podziękowania dla Mamy i ciepłe myśli dla jej Mamy, czyli babci Marianny, które nauczyły mnie robienia tych cholernych pętelek jeszcze w dzieciństwie ;) Miały rację, to się przydaje.


Generalnie punto szyło mi się całkiem dobrze. Wybrałam jeden ze szwów overlockowych, igłę do stretchu rozmiar 80 i było nam dobrze. I wychodziło też całkiem dobrze. 


Aż przyszło do podłożenia. Przypomniałam sobie, że mam podwójną igłę, którą da się uzyskać szew lekko elastyczny. No idealnie!
Założyłam, nawlekłam dwie nitki i... d.u.p.a.
Oczywiście byłam pewna, że coś chrzanię, to był mój pierwszy raz z podwójną. Przeszukałam sieć i niby działam prawidłowo. Ki czort? Próba na małym kawałku innej tkaniny - działa!! 
Okazało się, że to punto płata takie figle i i tak miałam szczęście, że przy pozostałych szwach nie było problemów!
Ostatecznie zdecydowałam się na dwa równoległe przeszycia prostym szwem "i w przód i w tył", który też jest elastyczny. Wygląda, jak dla mnie, gites!


Dekolt ma odszycie (widoczne dwa zdjęcia wyżej), ale nawet po przeprasowaniu ciągle wyłaziło na wierzch. Zostało więc zdyscyplinowane szwem tym samym co podłożenie dołu. Tylko pojedynczo.
Natomiast rękawy, żeby je maksymalnie wydłużyć (z tego mojego metra wykroić udało się o ok 15 cm dłuższe niż plan burdy przewidywał, ale wciąż mi było mało) dorobiły się mankietów. W ten sposób wykorzystałam niemal wszystkie ścinki.


Podsumowując - jestem zadowolona. Bardzo.
Wprawdzie mówią, że to punto z akrylem strasznie się mechaci, ale... po pierwsze mam maszynkę do ścinania kłaczków i bardzo lubię golić ubrania, po drugie - całość (wliczając nici i fizelinę) kosztowała mnie 30 zł, więc jakby co - przeżyję jeśli sukienka zmieni przeznaczenie z biurowej na dobową ;)


No i przypomniało mi się, jak cudownie jest szyć! Niebawem planuję urlop specjalnie na szycie, więc już się doczekać nie mogę na więcej! ;)
Ha! W dodatku skończyłam w tym tygodniu Sto Lat Dziergany Sweterek, tylko fotek jeszcze brak.
I nawlekłam koraliki na naszyjnik i bransoletkę.

Oby więc chęchy były już na tyle wykarczowane by czasu na robótki przybywało ;) Czego i Wam w Waszych okolicach życzę :)

piątek, 18 października 2013

:)

Się uszyło, się zadziało.
Się może w weekend sfotografuję.

Bloga brak mi :)

wtorek, 6 sierpnia 2013

Do góry nogami

... czyli historia jednej bluzki :)

I małego szycia. No, w zasadzie bardziej to para-szycie niż szycie pełnowymiarowe. Ale jak się nie ma co się lubi, to się człowiek i pięcioma szwami na krzyż zadowoli ;)
Zanim jednak zjedziecie niżej - ostrzeżenie: będzie trochę materiału foto dla Czytelników O Mocnych Nerwach. Będzie Iza Bardzo Niewyględna, w wersji, w jakiej ZDECYDOWANIE nie powinna się objawiać światu i aparatu ;) Ale się objawiła i w dodatku postanowiła się obnieść z tą swoją niewyględnością po Internetach... Cóż... ;)


Na początku była tunika.
Tunika dostała mi się od Mamy. Hm... Gwoli ścisłości - wydarłam ją Mamie, zachwycona tkaniną. Że za duża... cóż, planowałam, że będzie to luźny ciuszek na upały. A później się w niej zobaczyłam...


Zasadnicze problemy ujawniły się dwa.
Zaczynając od lajtowego - strasznie wywijało się podłożenie pęknięcia dekoltu. Mały problem - pewnie pomogłoby już samo rozprasowanie (nie sprawdzałam ;) ), ręczne podszycie rozwiązałoby problem definitywnie. Pikuś.


Aaaale. Pozostała jeszcze kwestia rozmiaru. ROZMIARU w zasadzie. Rozmiar był słuszny, i na mej niesłusznej sylwetce bynajmniej nie wyglądało to "luźno i swobodnie" - jak planowałam, a raczej dryfowało w stronę "ostatnie dziecko stróża"...
Zaczęłam rozważać przeróbkę-dopasowankę. Ale wiecie jak się fajnie przerabia te wszystkie zaszewki, podkroje i inne takie...


Rozłożyłam toto na stole kuchennym/salonowym/jadalnym. Popaczałam. Duże.


Nie dziwota - metka wyjaśniła tę kwestię. BTW - czy ktoś mi potrafi wyjaśnić dlaczego od jakiegoś czasu wszyscy producenci odzieży mi przypominają, że garderobę powinnam trzymać z dala od ognia? I dlaczego miałabym w ogóle chcieć ją do niego pakować? :)


Się więc tym rozmiarem i przewidywanymi komplikacjami zniechęciłam. I już-już chciałam odłożyć sprawę na zaś (czyli: nigdy do niej nie wrócić, za trzy lata znaleźć, zapakować i wydać). Ale ten materiał... Na fotkach oczywiście w ogóle tego nie widać, ale to bardzo przyjemny, cieniutki bawełniany batyst, haftowany w nienarzucające się motywy ginko gdzieniegdzie upstrzone delikatnymi, przeźroczystymi cekinami. Taki, który schnie w "pół godziny" i nie wymaga prasowania, bo i tak zawsze jest trochę pomięty... Idealny na lato i na te afrykańskie upały.


I kiedy tak sobie majtałam tym lumpem wte i wewte ułożył mi się nagle DO GÓRY NOGAMI. I mnie olśniło. I ujrzałam moją bluzkę dokładnie tak jak John Nash w Pięknym umyśle widział te swoje literki... :)


A wyglądała ona tak :)
Zaczęło się od łuku, który przedtem był dolną krawędzią bluzki (czerwona linia). Zostawiłam go bez modyfikacji i stał się linią ramion. Dodałam jedynie łódkowy dekolt (różowa linia) - na przedzie minimalnie, o 1 cm, głębszy niż na tyle. Tam gdzie były pęknięcia na bokach (granatowe linie) powstały mini rękawki (wydłużyły się ciut, bo rozprułam oryginalne podłożenia). Dół ciachnęłam na półokrągło (żółta linia) - żeby maksymalnie wykorzystać tkaninę i by bluzka nie była za krótka, ale żeby jednocześnie nie musieć rozpruwać zaszewek na biust. Na koniec całość nieco zwęziłam w celu dopasowania (zielone linie) - ale niewiele, bo na tyle były zaszewki, które zostawiłam - przy okazji profilując podkrój pachy.


Oczywiście można było ułatwić sobie życie ścinając szwy itp., ale ja chyba nie lubię jak jest za prosto i porozpruwałam podłożenia dołu (góra nowej bluzki) i pęknięć (rękawki). Nowe podłożenia zrobiłam wąziutkie, tak na 0,5 cm. Wyszło tak.


Szczególnie podoba mi się lekko kimonowo-motylkowa forma rękawków.


I linia dekoltu.


No i ten materiał, co się nie lubi fotografować ;)


Ale zdecydowanie najfajniejsze jest to, że za 0zł + 2 godziny pracy (w tym prucie i walka z maszyną*) mam bluzkę do wszystkiego. 
Bo i do dżinsowych szortów (BTW - kupionych za 5 ziko i ciachniętych, podwiniętych bez podszycia)...


... i do rybaczek pracowych...


... i do spodni jeszcze elegantszych.


Fason jest, IMHO, za-je-bis-ty! Teraz rozumiem już dlaczego w Burdzie tyle takich prostackich bluzek** - łatwe, szybkie, efektowne.
I jak się w tym ma przewiewnie! Luuuz...


... tylko talia nienachalnie zaznaczona - dwie niewielkie (zastane) zaszewki na plecach + lekkie modelowanie boków i jest akurat.


No i faktycznie, jak przewidywałam - wyprana ręcznie po szyciu, tuż przed 23:00 w niedzielę, w poniedziałek z rańca nadawała się do noszenia. I to BEZ PRASOWANIA!!

A ponieważ "stylizacja" ze spodniami do ciągania się po glebie jest moją ulubioną to zapodam Wam ją jeszcze raz ;) Tak tak, przód "wkasany", tył wypuszczony ;)


I to by było  tą razą na tyle. Ale mam materiał(y), mam już wykrój i chcę więcej!
... co jak byk oznacza, że w życiu więcej podobnej bluzki nie uszyję ;) Ot, lajf ;)

* ma ktoś namiary na Pana Od Maszyny (Łucznik) z Poznania lub okolic? Potrzebuję regulacji (szwy przepuszcza) i przesmarowania (wypadałoby po 4 latach), a nie chcę się naciąć na niewiadomokogo za jakzazboże...
** sierpniowa Burda to jednak jakaś przegina - połowa modeli z "bazgrołem", czyli łatwe. I nic ciekawego. Naprawdę warto wracać do starych numerów, a nie wydawać kasę na nowe... Niestety mój mąż tego nie wiedział :)

poniedziałek, 22 lipca 2013

Ha! To znów ja ;)

Bo kto niby inny miałby być na moim blogu?
Co ja tu robię? Ano odpoczywam od... lenienia się ;) I od tego


Witas siedzi dużo w piachu, a ja na kocyku. Lenimy się, wypoczywamy, ale też odwiedzamy znajomych. Dlatego czasu na druty aż tak wiele nie ma... Zresztą - czy istnieje wystarczająca ilość czasu na druty? Sorry, pytanie retoryczne - nie odpowiadajcie w komentarzach, nagród nie planuje się ;)
Coś tam się jednak dzieje. Mam już prawie pół drugiej letniej bluzeczki - Wormy apple. Zielonej i z dziurami ;)


Inspiracją była, między innymi, bluzka, którą Danuta Stenka miała na sobie w Nigdy w życiu w scenie oglądania mieszkania do wynajęcia - prosty szary sweterek z kilkoma "zgubionymi" oczkami. Chodziło to za mną przez lata. I teraz się dzierga - jak wyjdzie to się okaże ;) A dziur jest kilka - i na przedzie i na tyle.


Ponownie ramiona i rękawy z con-sronem.
Przy okazji odpowiadam na dwa związane z nimi pytania, które ostatnio się pojawiły:
Kruliczyco - oczka dodawalam metodą najprostszą z możliwych - z nitki między oczkami. Tyle, że przerabiałam oczko przekręcone.
Alejandro - con-srona nie rozliczałam w ogóle :) Zrobiłam małą próbkę (ok 5x10 cm) w zasadzie głównie po to by wybrać rozmiar drutów. I na jej podstawie zdecydowałam się nabrać 40o. na tył i po 5o. na pasy ramion. Dodawałam oczka na ramiona przymierzając robótkę i kiedy uznałam, że jest ok (teraz wiem, że kierowała mną niecierpliwość, mogłoby być po centymetrze więcej) przeszłam do formowania główki rękawa. I znów nie liczyłam, tylko od czasu do czasu "składałam" rękaw na pół i patrzyłam czy wychodzi ładny łuk brzegu.
Teraz pasy ramion robię szersze, na 10o. A w następnym projekcie planuję nawet na 15-20o.


Dziergam z mega cienkiej Virginii, też ostatniej takiej. Co u mnie rzadkie - na drewniakach. Mam je już ponad rok, a to dopiero druga robótka, którą na nie wrzuciłam. Przedtem mi nie leżały, ale do bawełny sprawdzają się idealnie! :)


No dobra. Se dziergam, prostaka, z dawno zachomikowanej włóczki. Baaardzo pasjonujące...
No nie, wcale nie pasjonujące, zwłaszcza że robótka "utkła", bo muszę się zdecydować czy na mieć bardziej rękawy czy bardziej zakrywać nery. Na jedno i drugie dwa motki to mało, nawet tak wydajnej włóczki jak Virginia ;) No i, co gorsza, czas zdecydować jak rozwiązać wykończenie dekoltu i dołu (bo mi się coś tam majaczy innego niż rakowe, ale jeszcze nie wiem co...).
A co najlepiej rozwiązuje takie dylematy? Wiadomo - zaczęcie robótki kolejnej ;)

Wiem wiem, wielorobótkowość to złoooo. Zwłaszcza jak wszystkie projekty to bluzki na lato. Bo efekt jest taki, że w nowym letnim topie można zasiąść do wigilii ;)

Ale! Od czego są DOBRE WYMÓWKI... eeee... PRETEKSTY... eeee.... WAŻNE I UZASADNIONE POWODY?!
No bo powiedzcie - czy jak już dostałam tę zamówioną Sonatkę, to mogłam nie sprawdzić natychmiast jaka ona jest? Wszak nie tylko Krzysio Ibisz ma prawo stawiać to pytanie i dostawać odpowiedź!


Więc postawiłam i dostałam.
Jest niezła. Jest jak Sonata. No szok ;)


Arelan spisał się poprawnie. Nitka wprawdzie nie powala jakością, ale czy Sonata powalała? Czy za tę cenę (8,40 zł/100g) powalać może? No nie. Jest ok. Po przerobieniu (nawet przed blokowaniem) szorstka nitka nabiera miękkości. I na dobre jej to wychodzi. Mam też wrażenie, że jest ciut grubsza niż "ta ostatnia Sonaaataaaa".
Co im za to nie wyszło? Kolorystyka. No lipa z tym jest. Na stronie producenta, ale i w innych e-sklepach, znalazłam kolorów 11 na krzyż. I to takich, że większość mnie jakoś nie zachwyca. Brakuje np. fajnych zieleni, beżów, szarości...


Mój niebieski mnie w pierwszej chwili załamał - bawełniana nitka jest znacznie bardziej matowa i mniej wyrazista niż wiskozowa, wygląda jak sprana. Ja wiem, że i w Sonacie tak było, taki jej urok, ale to wyglądało jak połączenie szarości z niebieskim (na zdjęciach widać ten kontrast znacznie mniej). Na dwa dni poszła do szuflady, a oblookana świeżym okiem okazała się jednak akceptowalna.


Na tyle akceptowalna, że powstała próbka. I zapadł werdykt - to Chinka, bo lubi ryż ;) Więc się narzucił projekt na druty i ryżem się dzieje, na razie plisa wokółszyjna.
Zaskoczę Was - mam tylko ogólną koncepcję i dzieję na oko, czuja i z letnim luzem w głowie ;)


Letnie nastroje wzmaga zaglądanie do robótkowego "koszyczka" (jakoś to lepiej brzmi niż "do robótkowej torebki strunowej", nie? ;) ) - to połączenie kolorów mnie zachwyca. Aż żałuję, że nie spotkają się w jednym projekcie (ale mam fazę na jednokolorowce i się tego trzymam).


A jak jeden kolor i lato - to biało. Tylko że nie chciałam znów całkiem gładko. Chciałam pasków, ale jednokolorowych ;)
Zamówiłam więc Kordka...


... i dołożyłam do zamówionej w zeszłym roku Medusy Lux (z wiskozowym oplotem)...


A na dokładkę dorzuciłam lekko nadgryziony motek zwykłej Medusy. I planuję coś między tuniką a sukienką.


Mam nadzieję, że róznica grubości i struktur pozwoli na pobawienie się w pasiaka-gładziaka (no wiem, nic z tego zdjęcia nie wynika, więc popodziwiajcie piasek. profesjonalny do piaskownic. z atestem! ;P ).


Tylko kiedy ja to machnę?
Zwłaszcza, że postanowiłam zachęcić samą siebie do szycia. I niniejszym zgłaszam się tu:



Podobno im bardziej zapełniony grafik tym lepsze zarządzanie czasem. Jest szansa, że zostanę niebawem mistrzynią świata w tej dziedzinie.
Ale to za chwilę, jak przestanę się wakacyjnie lenić...