niedziela, 24 listopada 2013

Allo? Jest tam kto?

Oj, kiepsko coś było z tym kciuków przez Was trzymaniem, albo po prostu zapeszyłam gadaniem... Ledwo post poprzedni napisałam dziecko się rozchorowało i przez cały mój "urlop" na zmianę kaszluniło i ząbkowało. Mówię Wam, czad ;)

Coś tam jednak mi się uszyć udało. Oczywiście nie tyle ile planowałam, ale zawsze. Ale wisi nad tym szyciem fatum jakoweś, bo do tej pory nie udało mi się zrobić zdjęć.
Ale co tam. Grunt, że rzeczy fajne, noszalne, nawet bardzo.
Miały być zdjęcia w ten weekend, ale najpierw pojawiła się okazja by odespać cały tydzień (wiadomo, że takich okazji się nie przepuszcza!), a później słońce poszło se czort je wie gdzie i ciemność zapanowała, ciemność.
A że uszytki szare i czarne to nawet nie było co się przebierać.

I z tej okazji, niejako w zastępstwie, wieczorem i na szybko powstała sesja kompletu. Sam komplet też powstał jakby w zastępstwie - w szczycie Witkowego ząbkowania mowy nie było by wieczorami dziecko umęczone czwórkami domęczać stukotem maszyny, więc zasiadała matka (ja czyli) cichutko w swym kąciku kanapy, zapuszczała duuuużo odcinków Czasu Honoru na TV i dziergała.
Przy czym zaznaczyć trzeba, że matka również była umęczona - początkowo czwórkami (choć nie jej to zęby przecie), następnie zaś choróbskiem jakimś, które ze żłobka przez Syna umiłowanego przywleczone zmutowało w nim chyba i wyewoluowało w Potworny Katarogenny Wirus, który doprowadzał matkę i jej zatoki do granic wytrzymałości...

Kurowała się więc matka dzielnie, a w międzyczasie dziergała niezobowiązująco i bezmyślnie. Na wszelki wypadek również "niskokosztowo", czyli z włóczki gdzieś zachomikowanej, dawniej ulubionej, a ostatnio jakby - pod wpływem pudrowych lukśności - już nie tak całkiem fajnej. Słowem - wytargałam ze słoja dwa lata temu skitraną jasnopopielatą Medusę. I, wykańczana przez katar, wykończyłam ja ją.
A wyszło to tak.


Niby mam tzw. zimowe akcesoria - no ale one mają już 3 lata! A przecież wiadomo, że to duuużo za dużo. Poza tym w międzyczasie moje gusta kolorystyczne zdecydowanie przesunęły się w kierunku szarości. A swetra z Medusy, której kolor akurat nadal mi się podoba, robić nie chciałam. Wszystko to razem spowodowało, że czapka i szalik wydały mi się najlepszym wyborem.


Tyle tylko, że jak to u mnie: tak jak miło być, ale nie do końca tak. Bo ani to czapka, ani też szalik ;)


Bo ja nie lubię jak mi się szaliki plątają. Wolę pętle przywdziewać ;) Nie bawiłam się tym razem w szwy niewidoczne - Medusa strasznie się rozwarstwia, więc umordowałabym się przy tych próbach. Połączyłam wydziergany szal szydełkiem rzędem półsłupków.


Robiony podwójną nitką na szóstkach otulacz wyszedł ciężki, lejący i zaskakująco obszerny. Nie wiem czy nie jest ciut za długi (mógłby ciaśniej przylegać do szyi), ale zmieniać nie będę na bank.


Ale nim powstał otulacz zabrałam się za czapkę. Dzierganą od góry, bo koniecznie chciałam zamknąć brzeg metodą włoską. No i po drodze, w trakcie radosnego i niekontrolowanego dodawania oczek, zmieniłam koncepcję i poszłam w beretkę.


I chyba na dobre mi to wyszło - dawno beretu nie miałam, w tym czuję się doskonale. Jest na maksa prosto, za to nie starałam się ukryć miejsc dodawania i zbierania oczek. A w najszerszym miejscu jest rząd "prawie ozdobny" - co któreś oczko przerabiane jest na lewo.


Robiłam też podwójnie, ale znacznie ściślej, żeby nie wiało w uszy (na 4,5). 

Zamiast tradycyjnej metryczki - jeszcze dwie fotki ;) Łącznie zużyłam 3-3,5 motka Medusy (nie pamiętam ile jej dokładnie miałam).



Zdjęcia - jak zawsze - made by mąż.


A ja na zdjęciach - coraz bardziej jak moja Mama <3 p="">

I tak jakoś mi się skojarzyło, że nie mogłam się powstrzymać, choć francuskiego to ja ni w ząb. Więc jeśli byk - to proszę nie mówić, bo tłumacz googla i tak się nie przejmie ;)

Tak czy siak - podobno nadchodzą mrozy. Czyli akurat jak skończyłam, to czas by mój bawełniano-akrylowy komplet zastąpić czymś cieplejszym ;)


Ale to za jakiś czas może, bo na razie na drutach... więcej bawełny. I powtórka z rozrywki, ale której to już nie zdradzę ;)
No to pa! Berety 102!

PS. w obróbce zdjęć udział wziął poladroid:)

poniedziałek, 4 listopada 2013

Węzeł za mgłą

Oczywiście naszyjnik miał być zupełnie inny - umyśliłam sobie dość grubą, na minimum 12 koralików w rzędzie prostą kolię-obrożę. Koraliki, zapięcie, finał.
No i finał nastąpił zaraz na początku, bo okazało się, że nie ogarniam (może to wina przerwy?) dziergania z takiej ilości koralików w kółeczku, od razu wszystko zaczyna mi się kaszanić i plątać.

Poszłam więc po rozum do głowy stwierdzając, że z koniem się kopać nie będę i jak nie to nie, koralikowanie ma być frajdą, a nie katorgą. A naszyjnik może być z z klasycznej cienkiej "żmijki na 6".

I powstało to.


Z całego miliarda zdjęć na mnie udało się wybrać kilka, bo albo się sobie nie podobałam, albo naszyjnik wychodził zamglony :) A i te "wybrane" są dość wątpliwej urody (może to ja?), ale niech tam. Tu np. wyglądam staro i poważnie, ale to akurat cała prawda o mnie ;)


Tu zaś wyciągam mą łabędzią szyję by pokazać cudowność prostej formy węzła. Co mi się w nim szczególnie podoba to to, że on cały czas "pracuje", to połączenie nie jest sztywne, dzięki czemu naszyjnik nie uwiera, nosi się bardzo wygodnie (a ja jestem wrażliwa, niemal uczulona na ozdóbki).


A ten - mogę nosić.
Naszyjnik to tak naprawdę dwa sznury, z których każdy jest złożony na pół i oba końce są wklejone w jedną końcówkę. 


Taką specjalną, owalną, do dwóch sznurów koło siebie :)


A węzeł powstaje ze sprytnego przeplecenia tych dwóch półsznurów. 


Co tak naprawdę odkryłam jak mi się naszyjnik przypadkiem rozdzielił, bo kleiłam go do końcówek jako całość, potwornie się przy tym męcząc ;)


Tak czy siak - to pierwszy mój produkt koralikowy bardziej skomplikowany niż bransoletka. I bardzo mi się to co wyszło podoba.


A chyba najbardziej to jak te sznury się ładnie gną.


Wykończenie jest bardzo proste - wspomniane końcówki, duży karabińczyk, kilka kółeczek.


Co mi się nie podoba? Po raz pierwszy robiłam na niciach do dżinsu, generalnie fajnie, grubość idealna do koralików 11/0. Ale być może jakość tych nici była słaba, dość, że wszędzie z pomiędzy koralików wystają mi takie malusieńkie kłaczki. Przy innych niciach też się zdarzały, ale zdecydowanie rzadziej...


No ale to tylko tyle "minusów". Zresztą - widać to tylko na zdjęciach, na żywo te kłaczki widoczne tak bardzo nie są.


Zużyłam w sumie prawie 5 paczek paczek koralików (TOHO 11/0 w 4 kolorach i chyba knorrki 11/0 ok. pół opakowania), ale całkiem sporo nawleczonej mieszanki jeszcze mi zostało, więc może powstanie coś do kompletu (kolczyki może?).


Kolory to: opalizujące białe frosted, opalizujący lśniący róż, opalizujący jasny szary i zwykły bardzo jasny szary, oraz ciemnoszary (te są ciut większe i mniej regularne).


Czyli jest jak zawsze: prosto, ale nie do końca; trochę jak miało być, ale nie do końca; generalnie na plus, ale nie do końca.
Co piszę, rzecz jasna, z przymrużeniem oka. Tego oka.


A teraz?
Zaczynam urlop, który mam nadzieję spędzić na szyciu (zbiorowe modły o zdrowie dla wszystkich członków rodziny, żeby mi tu nikt na głowie nie siedział - mile widziane).
I lenieniu się.
I sprawdzaniu, wreszcie na spokojnie, co tak w IKEI dobrego. Mama już jedzie, więc zmykam :)

wtorek, 22 października 2013

Ejber w alpace

Dobra, ejber ze mnie żaden, bo ani "mężczyzna", ani postura nie ta... Ale dla mnie ejber to przede wszystkim rojber. A postawę na pierwszej focie mam iście kozacką, więc niech tam ;) Poza tym ejbry zwykle stoją w "nieciekawej okolicy", jako i ja :)

Niesiona falą Waszych pochwał za kieckę i zachęcona piękną wiosną dokoła cyknęłam (używając do tego celu jak zwykle męża i jego niewyczerpanych pokładów cierpliwości) kolejną sesję plenerową. Garażową ;)
Garaż nie nasz, ale staram się ostatnio poskromić cztery kółka (jedno z tzw. Wyzwań Jesiennych Izy), więc jest w temacie ;)

I za nic miałam zdziwione spojrzenia nielicznych spacerowiczów gdy wyginałam swe ciało w promieniach słoneczka, bo rozpierała mnie duma i radość - oto Sto Lat Dziergany został wreszcie Udzierganym!


Historia tego swetra jest dłuuuuga i mało fascynująca (głównie wydłużało ją moje lenistwo i brak zapału do wydziergania drugiego, baaardzo długiego rękawa), dość powiedzieć, że na samą włóczkę zamówioną w zwykle ekspresowej e-dziewiarce przyszło mi czekać koło miesiąca bo kompletowały się inne motki, które w tym zamówieniu były (oczywiście za mą zgodą, e-dziewiarka grzecznie mnie o cierpliwość poprosiła telefonicznie głosem przemiłym męskim).


Później dziergało się całkiem miło, choć robienie sweterków ściśle wg opisów to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej... Ale dla Effciowego Ruby Tuesday zrobiłam wyjątek i modyfikacji nie było. Do momentu gdy doszłam do zamknięcia oczek na dole...


Sweterek dziergałam w wersji ekstremalnie dopasowanej. Żebym w ogóle się mogła w nim zapiąć konieczne było utrzymanie elastyczności brzegu ściągacza. Metod elastycznego zamykania - milion. I żadna mi się nie podobała... Aż trafiłam na tzw. włoskie zamykanie oczek (inaczej tubular bind off). To był strzał w dziesiątkę! 
Wprawdzie początkowo stwierdziłam, że w życiu nigdy nie uda mi się tej metody opanować, bez szans. Ale nie poddałam się i voila! Jest on, najpiękniejszy brzeg na świecie. Cudownie elastyczny i wracający do wersji ciasnej.


Teraz śmigam igłą już tak sprawnie, że nawet zamknięcie mankietów na okrągło nie stanowiło żadnego problemu :) I jest, jak mówią na filmikach, "sssssoł streczi" :)


Włoczka - Babyalpaca Silk DROPS'a - początkowo nie pałałam do niej miłością. W trakcie roboty sweterek był owszem miękki, ale przede wszystkim kłaczący i gryzący. Po blokowaniu - bajka. Pięknie trzyma formę, lekko lśni. I grzeje! Słoneczko wczoraj wprawdzie też dawało radę, ale i sam sweterek zadbał o to bym nie zmarzła.


No i oczywiście problem - poza strasznie się dłużącymi rękawami - największy. Guziczki. Nienawidzę kupowania guziczków :) Nigdy nie ma takich jakie sobie umyślę. Poza tym, przy dwunastu dziurkach, a tylu dorobiłam się w moim sweterku, potrafią wygenerować całkiem okrągłą sumkę do zapłaty ;)
Na szczęście tym razem znalazłam coś, co po przyszyciu mnie nie rozczarowało. I nawet trzyma się w dziurkach.


Na koniec, dla wytrwałych, metryczka. Oto mój Puder w detalach:
model: Ruby Tuesday by Effcia
włóczka: Babyalpaca Silk, kolor 3125 (gaciowy róż, przez niektórych zwany, eufemistycznie, pudrowym)
druty: KP 3,5 i 3,0 (ściągacze)


Kocham go <3 br="">
Jest piękny.
Jest miękki i przytulny.
Pasuje do wszystkiego (mam w tej chwili na sobie mój Puder w wersji biurowej).
Daje mi ciepło.
Daje poczucie luksusu (to najlukśniejsza włóczka z jakiej dotąd dziergałam; moja miłość  do Medusy nieco przybladła...).

A teraz dziergam koralikowy sznur, który połączy sukienkę i sweterek. O.

niedziela, 20 października 2013

Chęchy

Na dzień dobry - wyjaśnienie dla tych, co nie stąd. 

W metaforycznych chęchach bywam ostatnio dość często: w gąszczu spraw przeróżnych, nowych, trudnych. I zupełnie nie pozostawiających czasu na robótkowanie. Przynajmniej do czasu.
Ale... jak zawsze widzę i strony dobre - jak już się przez te chęchy, uzbrojona w maczetę izowego uporu, przedrę - jest fajnie :)
Więc tak sobie zawodowo karczuję nowe tereny. Się chciało zmian, się ma :) I w sumie - się zmiany ocenia pozytywnie.

A żeby pracowało się dobrze - trzeba się dobrze ubrać. Dla mnie w pracy dobrze to wygodnie. I elegancko. Ale z pazurem. Po mojemu.
Czyli: obcas i spódnica, ale sweterek nie żakiet. Czyli: wąsko, ale elastycznie. Czyli: niby klasycznie, ale jednak nie do końca.

Zrobiłam więc ostatnio duuuużo zakupów.
Także materiałowych, bo nie wszystko co mieć bym chciała udało mi się w sklepach znaleźć.

Za to, o dziwo!, znalazłam trochę czasu na szycie.
To wieeeelkie podziękowanie dla Oli - szyje, mamuje, pracuje. Powtórzę: szyje. Dużo! I bardzo fajnie. No sorry, ale skoro ONA może, to dlaczego nie ja? - tak pomyślałam i się zawzięłam.

I uszyłam. Sukienkę z dzianiny punto.


Prostą, szarą. Uniwersalną. Do biura i w chęchy na spacer. Do biura, rzecz jasna, noszę ją zupełnie inaczej: szpilki, żakiety, biżuteria, usta, te sprawy.


I nawet całkiem grzejącą - w zestawieniu z chustą od Intensywnie Kreatywnej to już w ogóle :)


Sukienka to model z najnowszego burdowego Szycia krok po kroku. Kiedy tylko otworzyłam ten numer wiedziałam, że muszę ją mieć. 
A chwilę wcześniej kupiłam metr punto. Wprawdzie burda przewiduje na ten model znacznie więcej (i to z rękawkiem tuż za łokieć), ale stwierdziłam, że kto jak nie ja? Dam radę!


Co mnie w niej urzekło? Ciekawa konstrukcja. Nietypowe są nawet zaszewki na biust (jedna zaszewka w zasadzie). Muszę przyznać, że miałam z tym nieco problemów i gdybym zdecydowała się szyć dokładnie wg opisu (czyli w burdowej kolejności) to z pewnością nie byłaby tam gdzie trzeba. Dlatego poczekałam aż gotowa była cała reszta - łącznie z wszytymi rękawami - i to było dobre rozwiązanie.


Na bokach sukienki są kliny, które bardzo fajnie modelują talię. Mam bardzo wąskie biodra, więc generalnie sukienki-tuby źle mi robią, ta - dawała nadzieję. Podejrzewam, że ten efekt byłby bardziej spektakularny, gdybym szyła jak burda zaleca z kontrastowych tkanin. Ale zależało mi na sukience maksymalnie uniwersalnej i wprowadzenie jakiegokolwiek innego koloru (nawet czerni) już by tę uniwersalność zmniejszyło. Ale nie wykluczam, że wersję bi-kolor jeszcze machnę.


A i tu efekt oczekiwany - jest. Talia - jest! :)


Burda przewidziała na plecach zamek. Ponieważ punto jest elastyczne w poprzek udało się z niego zrezygnować. Przy dekolcie na plecach jest tylko małe pęknięcie zapinane na guziczek.


No to lecimy z metryczką:


szkic ze strony burdy

rozmiar: 34
materiał: ciemnoszare punto (80% akryl, 20% wiskoza) w lekki poprzeczny prążek, szerokość 1,50m, 1mb
modyfikacje:
- przedłużone rękawy
- wyeliminowany zamek
- lekko pogłębiony podkrój szyi
- nie dodawałam zapasów na szwy, w ogóle!

No właśnie. Z burdowymi wykrojami doświadczenie mam na tyle duże, że już wiem, co muszę w nich zmieniać. Przede wszystkim rozmiar. Nawet 34 wypada tam na mnie za duże (zwłaszcza w tych nieszczęsnych biodrach). Dlatego tym razem, wiedząc, że mam za sobą elastyczność tworzywa, olałam dodawanie zapasów. I wyszło to sukience na dobrze. wprawdzie jest dość opięta, ale myślę, że nie przekracza to granic dobrego smaku ;)

Z tego też powodu zrezygnowałam z zamka na plecach (nie, wcale nie chodziło o lenistwo, lubię zamki wszywać) - uznałam, że na dopasowanej elastycznej sukience może się taki dłuuugi zamek marszczyć. Zrobiłam więc guziczek z pętelką. 
W tym miejscu podziękowania dla Mamy i ciepłe myśli dla jej Mamy, czyli babci Marianny, które nauczyły mnie robienia tych cholernych pętelek jeszcze w dzieciństwie ;) Miały rację, to się przydaje.


Generalnie punto szyło mi się całkiem dobrze. Wybrałam jeden ze szwów overlockowych, igłę do stretchu rozmiar 80 i było nam dobrze. I wychodziło też całkiem dobrze. 


Aż przyszło do podłożenia. Przypomniałam sobie, że mam podwójną igłę, którą da się uzyskać szew lekko elastyczny. No idealnie!
Założyłam, nawlekłam dwie nitki i... d.u.p.a.
Oczywiście byłam pewna, że coś chrzanię, to był mój pierwszy raz z podwójną. Przeszukałam sieć i niby działam prawidłowo. Ki czort? Próba na małym kawałku innej tkaniny - działa!! 
Okazało się, że to punto płata takie figle i i tak miałam szczęście, że przy pozostałych szwach nie było problemów!
Ostatecznie zdecydowałam się na dwa równoległe przeszycia prostym szwem "i w przód i w tył", który też jest elastyczny. Wygląda, jak dla mnie, gites!


Dekolt ma odszycie (widoczne dwa zdjęcia wyżej), ale nawet po przeprasowaniu ciągle wyłaziło na wierzch. Zostało więc zdyscyplinowane szwem tym samym co podłożenie dołu. Tylko pojedynczo.
Natomiast rękawy, żeby je maksymalnie wydłużyć (z tego mojego metra wykroić udało się o ok 15 cm dłuższe niż plan burdy przewidywał, ale wciąż mi było mało) dorobiły się mankietów. W ten sposób wykorzystałam niemal wszystkie ścinki.


Podsumowując - jestem zadowolona. Bardzo.
Wprawdzie mówią, że to punto z akrylem strasznie się mechaci, ale... po pierwsze mam maszynkę do ścinania kłaczków i bardzo lubię golić ubrania, po drugie - całość (wliczając nici i fizelinę) kosztowała mnie 30 zł, więc jakby co - przeżyję jeśli sukienka zmieni przeznaczenie z biurowej na dobową ;)


No i przypomniało mi się, jak cudownie jest szyć! Niebawem planuję urlop specjalnie na szycie, więc już się doczekać nie mogę na więcej! ;)
Ha! W dodatku skończyłam w tym tygodniu Sto Lat Dziergany Sweterek, tylko fotek jeszcze brak.
I nawlekłam koraliki na naszyjnik i bransoletkę.

Oby więc chęchy były już na tyle wykarczowane by czasu na robótki przybywało ;) Czego i Wam w Waszych okolicach życzę :)