
To tylko moja
alokazja postanowiła zakwitnąć! Ona jest chyba niezniszczalna - od czasu gdy ją mam została zamrożona (podróż przez miasto tramwajami w 25-stopniowym mrozie), zasuszona (pół roku niepodlewania!), niemal wyrzucona (po pół roku stwierdziłam, że nic innego mi nie pozostało), cudem ocalona (bo jej bulwy wyglądały jak mandragory), ponownie zasadzona (cudnie odrosła), połamana (chciałam dobrze, serio... robiłam jej prysznic i jakoś tak...). A ona po tym wszystkim, choć jest niemal łysa (ale nowe listki też puszcza) postanawia mnie nagrodzić pąkiem (nie piszę kwiatem, bo nie wiem co mogę jej przez przypadek zrobić do tego czasu :( ). To chyba jest przyjaźń...



PS. Chciałabym tylko podkreślić, że
naprawdę nie jestem zawodową dręczycielką roślin. Tylko do tej jednej mam takiego pecha.