niedziela, 15 stycznia 2012

Na pamięć

Na pamięć dobry jest wyciąg z miłorzębu, czyli gingo - tak mówi reklama :)

Na pamięć dobre jest też dbanie o głowę - żeby miała ciepło i przytulnie, zwłaszcza zimą :)

No i wreszcie - na pamięć dobre jest powtarzanie. Jak się powtórzy wieeeele razy, to się zapamięta. I tak właśnie ja zapamiętałam w końcu ażurowy wzór Ginko, robiąc czapkę, która zadba o głowę Kejt (i przy okazji Ann, bo Kejt będzie mogła jej oddać czapkę pożyczoną ;) )


Mam naprawdę szczerą nadzieję, że Kejt będzie się w niej prezentowała lepiej niż ja. Jest szansa, bo ja w każdej czapce wyglądam jak "mosiek"...


Całość to radosna improwizacja z użyciem motywu z chusty. Motywu, który przy dzierganiu "na okrągło" staje się znacznie łatwiejszy do wykonania, bo odpadają operacje w stylu "zdjąć dwa oczka na prawo, przełożyć każde znów na lewy drut i przerobić je razem na lewo od tyłu" :)

Model: radosna twórczość własna + motyw z chusty Ginko
Włóczka: niemal do końca wykorzystana (ok. pół motka) Red Heart Sport Socks, kolor 00008
Druty: KP 3,0 mm


Czapka, oczywiście, powstawała dwa razy - to chyba klątwa tej włóczki jakaś... Za pierwszym razem nabrałam za dużo oczek, wyszła więc za szeroka, no i skończyła mi się włóczka nim skończyła się czapka :)


W drugiej wersji ściągacz robiłam z włóczki wziętej podwójnie, dzięki czemu jest mniej wiotki. Podoba mi się ten efekt.


I jeszcze garść fot świadczących o tym, że czasem dzierganie - dosłownie - rzuca się na głowę :)




A wiecie co jest w tej czapce najlepsze? Pozbyłam się resztek tej nieszczęsnej włóczki! Przy czym nieszczęsność polega wyłącznie na różnicy odcienia, bo sama włóczka jest supermiła. I na bank jeszcze do niej wrócę :)

Howk!
Następną razą (czyli pewnie jutro?) będzie niedrutowo. Chyba :)

Daj wzór!

Teraz takie maile już do mnie nie docierają (ciekawe co się stało?) ale kiedyś często trafiały do mojej skrzynki "prośby" w stylu "prześlij/daj mi wzór na ten sweterek"...
Jeśli wzór należał do znalezionych gdzieś w sieci - odsyłałam tam. Jeśli pochodził z gazetki z moich zbiorów - podawałam na nią namiar (numer, rok). Nie jestem święta, zdarzało się, że "dzieliłam się" wzorem... Ale im więcej o tym myślałam, tym bardziej mnie to mierziło. 
No i z czasem problem rozwiązał się trochę sam (przynajmniej w kwestii "skąd to pochodzi"): najpierw zaczęłam od razu podawać źródło wzoru pokazując gotową rzecz, a odkąd jestem na ravelry większość inspiracji czerpię stamtąd, naturalne więc jest linkowanie do galerii danego modelu.
Przy czym - zdarza się mi to dość często - nie zawsze "moja produkcja" i "wzór" to jedno i to samo. Na ogół po prostu to co robię wygląda "prawie jak", bo zwyczajnie nie umiem trzymać się opisów czy schematów w 100% (nawet swoich, jak się okazało). Jednak i w takich przypadkach odsyłam do "inspiracji".

Bo doceniam to, że ktoś ten wzór musiał wymyślić, spisać, sprawdzić, przetestować...

I dlatego (między innymi) niechętnie robię coś "na sprzedaż" - bo jakoś nie wyobrażam sobie sprzedawania rzeczy, która NIE JEST w 100% moją własnością. 
I dlatego drażni mnie, kiedy - np. przeczesując allegro zainspirowana dyskusją o cenach, która toczy się u Yadis  - trafiam na ofertę chusty (BTW - kup teraz za 50 zł!!), podpisaną "chusta jest całkowicie mojego autorstwa", gdy nawet ja widzę, że to Gail...

I dlatego też popieram akcję Truscaveczki "Doceniam - nie kradnę" - podpisujmy autorów wzorów pod naszymi dziergadłami. To naprawdę niewiele zachodu, a wiele znaczy. O!


PS. Nie dam sobie nic poucinać, że zawsze wszystko podpisywałam... Moje blogowanie trwa już parę lat, bytność w sieci jeszcze chwilę dłużej, a w tym czasie naprawdę wiele się zmieniło (i we mnie i ogólnie w internetowych nawykach), ale od jakiegoś czasu - jak myślę - nie jest źle :)

sobota, 14 stycznia 2012

Koralianki

Do Koralianek trafiłam przed świętami, kiedy musiałam "gdzieś" kupić "coś", by z kawałka koronki mógł powstać Obojczyk. Tam też kupiłam zawieszki do małych bransoletek. Chwilę stałam oszołomiona: raz, że było wszystkiego duuuużo, dwa, że nie miałam pojęcia czego chcę, a trzy, że nie miałam pojęcia co z czym :)
W tym momencie muszę poczynić wyznanie: w takich miejscach tracę głowę. Powód jest zawsze ten sam: uwielbiam jak jest dużo małych przedmiotów, ładnie poukładanych rodzajami :) Podobnych uczuć doznaję w pasmanteriach i... sklepach budowlanych w działach z gwoździami, śrubami, nakładkami...
Tak czy siak - opanowałam się, częściowo. Podumałam chwilę nad zakupem narzędzi, ale uznałam, że same narzędzia, bez wiedzy do czego służą, na niewiele mi się zdadzą :) Za to zgadało się, że dziewczyny prowadzą też warsztaty. No to się zapisałam :)

Było bardzo fajnie. Dostałam dokładnie to, czego oczekiwałam - podstawy wiedzy co z czym jak i czym łączyć. Był to kurs dla początkujących, więc uczyliśmy się dosłownie koralikowego abecadła, a dziewczyny bardzo fajnie przez to prowadziły.
Naoglądałam się też mnóstwa cudnych rzeczy, które robią Koralianki. No i - na szczęście - nie złapałam bakcyla na tyle mocno, żeby przestawić się na koraliki :) Druty nadal będą rządziły! Zresztą - taki był plan: chodziło mi głównie o to, by dowiedzieć się na tyle dużo, żeby poradzić sobie z przemienieniem w biżuterię jakichś drutowo-szydełkowo-filcowo-fimowych elementów, jeśli od czasu do czasu najdzie mnie na to chęć. No dobra, czas pokazać co zmajstrowałam.

W ciągu niespełna dwugodzinnych warsztatów powstały trzy elementy: kolczyki i wisiorek na sznurku



oraz naszyjnik na lince jubilerskiej


Niestety na zbliżeniach wyraźnie widać, że to początki. Jako perfekcjonistkę (czyżbym się właśnie przyznała? ;) ) drażnią mnie zaciski, które nijak nie chciały być na środku linki, nieidealnie równe odległości między koralikami i krzywe loopy. Wiem wiem, ćwiczenie czyni mistrza :)





A, jeszcze jedna rzecz - fajnie, że na warsztatach było w sumie niewiele osób i kilka prowadzących, dzięki temu - w razie pytań - KAŻDY dostał odpowiedź, wskazówkę, indywidualny pokaz. No i - też na plus - niewielki koszt: 60 zł, w tym wszystkie materiały. Niestety - nie mogłam zostać na drugiej części warsztatów, kiedy każdy mógł pobuszować wśród półek pełnych cudowności i z zakupionych koralików oraz zagwarantowanych półproduktów zmontować coś wg własnego pomysłu.
Niestety - wieczorem Brzu domaga się już raczej polegiwania ;)

A jutro pokażę Wam czapę inspirowaną Ginko. Dowód na to, że włóczka "skarpetkowa" naprawdę może mieć znacznie więcej zastosowań :)

niedziela, 8 stycznia 2012

Babuszki ;) *

Spotkały się we dwie, siedziały, piły kawkę, gadały i plotły na drutach. Jedna szybciej (aż na zdjęciu widać to tempo!) druga wolniej (bo pierwszy raz z taką włóczką miała do czynienia). Było - jak zawsze - prze!


Iza, specjalistka od kretyńskich uśmiechów...

Widziałam na własne oczy wszystkie dekoracje świąteczne Agaty - na czele z przecudną choinką. Ale przede wszystkim muszę Wam naskarżyć - ona ma w domu całą masę rzeczy, których nie pokazała na blogu! Skandal, nie? Rzeczy drutowych!

A skoro wspomniałam o choinkach: czy mówiłam już, że uwielbiam choinki? Moja tegoroczna prezentowała się tak:


Uprasza się o ignorowanie widoku butelek z wodą, nie chciało mi się wstawać z fotela żeby je odstawić... ;)




Niestety choinka była wyjątkowo "sypka" i w piątek musieliśmy się z nią pożegnać. Następna już za rok :)
Wywędrowały też ostatnie świąteczne prezenty - chusta bardzo się Kejt spodobała, idealnie wprost do niej pasuje (zdjęć nie będzie, Kejt za szybko się porusza by ją na zdjęciu uchwycić), ja za to wykombinowałam, że z nieszczęsnej resztki pierwszego motka chustowej włóczki zrobię jej do kompletu czapkę z motywem z Ginko. Z racji pominięcia bezpośredniego połączenia ta mała różnica w odcieniu złamanej bieli nie powinna być widoczna. Zaczynam na dniach.

A żeby mi smutno nie było - zaczęłam chustę dla siebie. Nie mam wprawdzie pojęcia jakie będzie jej praktyczne zastosowanie i czy w ogóle będzie (raz, że mam mnóstwo szali i chust, dwa, że dużo bardziej - jeśli już - przydałaby się wersja bardziej solidna), ale zawsze miałam ochotę coś mgiełkowego machnąć, a motek śliwkowej Luny zalegał mi już ładnych parę lat (z 5 na pewno).
W czwartek, po powrocie od Agaty, prezentowała się tak:


Dziś już jest na ukończeniu. Kiedy się skończy jednak - nie wiadomo. A to z dwóch powodów: tydzień może być dość zabiegany, a poza tym mam mocne (nienoworoczne) postanowienie zmierzenia się z szyciem - pokrowców na fotel i kanapę.
Mieszkamy tu już ponad półtora roku, półtora roku temu kupiłam materiał... To chyba czas najwyższy w końcu się za to wziąć ;)

* żeby nie było dodałam uśmieszek i wyjaśniam: absolutnie tak o sobie NIE myślimy :) ot taki żarcik niewinny ;)

wtorek, 3 stycznia 2012

Ten pierwszy raz...

I oto nadszedł ten dzień. Podejść było kilka, nie powiem że wiele, bo nie, ale kilka z pewnością. I zawsze było tak samo - chciałam, ale się bałam... I w związku z tym przy najmniejszym niepowodzeniu brałam nogi za pas.
Próbowałam różnych wzorów: najprostszych (nuda), troszkę skomplikowańszych (takie ni w pińć ni w oko toto było). Później (oczywiście za sprawą ravelry) oszalałam prawie z zachwytu - bo tam jest na nie wzorów niezbadana ilość... A jeszcze niektóre blogowe "koleżanki" jak na złość swoimi wyrobami podsycały we mnie chęć posiadania, skutecznie tłumioną wewnętrznym "nie dam rady"...
W końcu jedna z nich (chyba, żeby się za podsycanie zrehabilitować ;P) zachęciła ostatecznie tłumacząc (ekspresem) jak zacząć. Więc zaczęłam - Ginko.

I wiecie co? Szło super! Aż skończyła mi się włóczka - czyli znowu coś ;) I oczywiście musiałam poczekać. A jak już doszła, to okazało się, że producent (wrrrr...) nie widzi różnicy między jedną a drugą złamaną bielą ;) Więc zaczęłam od nowa. Ale jakoś tak z zapałem, że powstała w trzy dni! I oto - jest! Moja Pierwsza Drutowa Chusta!


Prezent dla Kejt. (Hmm.... a gdyby jej go nie dawać....? ;) )

I teraz opcje są dwie: mogę Wam naściemniać, albo mogę powiedzieć prawdę. 
Na ściemnianie za bardzo Was lubię, więc powiem szczerze: coś schrzaniłam :) Nie mam pojęcia dlaczego, ale wyszedł mi zupełnie inny brzeg. Podejrzewam, że albo czegoś nie doczytałam, albo po prostu (i to jest chyba wersja właściwa) nie umiem aż tak luźno zamykać oczek. Może powinnam zastosować jakiś "stretchy bind off", ale nie wpadłam na to. Zresztą - aż do blokowania było ok :)
Jednak, ostatecznie, wyszło dobrze. Bez tych ząbków chusta jest prostsza i mniej ozdobna, przez co bardziej będzie pasowała do właścicielki.






Model: Ginkgo Shoulderette Shawl by Maggie Magali

Włóczka: Red Heart Sport Socks, kolor 00008, 1 motek 100 g
Druty: KP 4,0 mm, a do zamykania 5,0 i 6,0

I jeszcze kilka innych wersji "omotów"




I wiecie co? Wsysło mnie.... Wczoraj zakolejkowałam na ravelry 19 chust! I zakupiłam, zachęcona przez Intensywną, zestaw do blokowania :)

Wiem, że nie jest doskonała... Ale jest pierwsza :)


PS. Żeby nie było, że ściemniam: chustę już kiedyś zrobiłam. Szydełkową, z elementów. Ale to było w życiu przedblogowym i zanim zaczęłam swoim tworom robić zdjęcia. A chusta poszła w świat :)
I wiecie z czego była? Z Medusy :-D