poniedziałek, 12 stycznia 2015

Sporty ekstremalne

Życie dziewiarki bywa pełne emocji: zachwytów (gdy po raz pierwszy zetknie się człowiek z tym słynnym malabrigo i w końcu, po pół godzinie paczania, go weźmie...), wzruszeń (gdy ktoś obdarowany udziergiem uśmiechnie się na jego widok naprawdę szeroko), przyjemnego poczucia bezpieczeństwa (gdy po raz enty dzierga się z tej samej włóczki i już nic nie trzeba sprawdzać, druty dobierają się same, a wymiary zgadzają się wszerz i wzdłuż). 

Są też emocje nieco mniej pozytywne: rozczarowanie (bo co można czuć, gdy wymarzona i nietania włóczki zmechaci się po pierwszym praniu), złość (że nie zdążyło się kupić czegoś jak było w promocji, albo przeciwnie, że koszyk załadowałaś dzień przed tym jak promo wystartowało). I inne takie. Ale o nich lepiej szybko zapomnieć i nie zawracać sobie głowy rozpamiętywaniem.

Jest też dzierganie ekstremalne, rzec by można "na krawędzi" ;)
To wtedy, gdy do samego końca się nie wie, czy włóczki wystarczy na to co się planuje ;)


Ktoś mógłby powiedzieć: w czym problem, trzeba dokupić. Pół biedy kiedy nie ma za co - każda z nas doskonale wie, że prąd może się opłacić z poślizgiem (byle nie za dużym, bo sztrykowanie po ciemku jest mało praktyczne), dietę można ograniczyć do chleba z dżemem, ba! kawę da się ograniczyć i pić bez mleka, ale na motek czy dwa zawsze się kasę znajdzie. 

No więc problem jest w tym, że czasem dokupić nie ma czego. 

Rok temu dostałam w prezencie na firmową wigilię włóczkę (wylosował mnie mój podwładny, wiedział, że musi dobrze trafić ;) ). Trzy motki, bo jest limit finansowy. 


Czem prędzej przystąpiłam do próbkowania. O czym już na blogu było.


I bardzo szybko trafiłam na ten wzór do tej włóczki. A wtedy już natychmiast dokładnie wiedziałam jaki ten sweterek ma być: prosty, do bólu tradycyjny, lekko retro nawet.

Tyle tylko, że stwierdziłam, że trzy motki to o jeden za mało.
I wprawdzie Agata od razu orzekła, że "trzy wystarczą na takiego mikrusa", ale ja się uparłam.

Wyciągnęłam od darczyńcy gdzie i za ile, tylko jakoś nie umiałam się zmobilizować, żeby pójść i tę włóczkę kupić. Dziwne, nie? Może dlatego, że to taki sklep włóczkowy, co ostatni raz byłam w nim z 10 lat temu. I chyba też wtedy była tam ostatnia wymiana asortymentu ;)


Tak czy siak motki były trzy, a ja pewna, że to to najwyżej na szalik i czapkę, aaaale szkoda.
Po roku (sic!) wybrałam się w końcu dokupić ten czwarty... Tak, dobrze widzicie. Po roku. I naprawdę miałam nadzieję, że znajdę w tym sklepie jeszcze jeden motek, w tym samym szarym odcieniu. Włóczki, której google nie znalazł ;)

Nie było. Szok i niedowierzanie!

I wtedy dostałam powera. Chyba na przekór.
(na przekór kilku dziewiarskim zdarzeniom, bo w tym czasie skończyła mi się też Cashmira z poprzedniego posta i inny zaczęty projekt - o którym na końcu - jakoś tak nie do końca pasował...)

I pierwszego dnia po świętach wzięłam i nabrałam. A już 6 stycznia blokowałam, co jak na mnie jest tempem iście sprinterskim.


Wzór podyktował sposób robienia - zajączki* wyglądają jak należy wyłącznie, gdy przerabia się je od dołu. to natomiast wymusiło resztę: ramiona łączone ściegiem którego nie widać, wrabiane rękawy.
* nazwa wymyślona przez Dorotę


No ale powiedzcie - dla tak cudnie uroczego, niebanalnego i niewydziwionego jednocześnie ściegu - warto było zrezygnować z najwygodniejszego w sytuacjach włóczkodeficytowych raglanu :)


Zajączki zresztą są tylko na przedzie - zgrzebność włóczki podpowiadała mi, że w tym projekcie less is more. Do tego plisy ściągaczem 1x1 wykończone, rzecz jasna, po włosku (i zaczynane i kończone w ten sposób).


Ta włóczka w ogóle bardzo fajnie, plastycznie, się układa - nawet rzędy skrócone przy rękawach wyglądają tu super (nie żeby mi się normalnie nie podobały - zawsze się podobają robione w ren sposób główki, ale tu wyglądają jeszcze lepiej niż zwykle).


I tym razem (w przeciwieństwie do biurowej kosteczki) udało się wyprofilować główki idealnie już za pierwszym razem - co było miłą odmianą ;)


Korpus jest taliowany, z dwóch powodów: raz, że jak się nie bardzo ma wcięcie, to trzeba je sobie stworzyć ;) a dwa, że im ciaśniej, tym więcej włóczki zostaje na rękawy ;)


Bo o długość rękawów się cały czas rozbijało. Agata zasugerowała raz nawet "może po prostu bezrękawnik?", ale chyba moje spojrzenie było bardzo wymowne, a mowa jego była mową nienawiści, bo propozycji nie ponowiła ;)
Nie lubię bezrękawników i już. Zwłaszcza ciepłych.
Za to rękawy przykrótkie nie tylko toleruję, ale wręcz preferuję - i tak te długie, sięgające do dłoni permanentnie podwijam. 
Byle rękaw sięgał za łokieć to jestem rada.

Zrobiłam więc korpus (dwa motki bez metra), przeliczyłam, że szkoda część trzeciego tracić na plisę dekoltu i... sprułam próbki. Normalnie w życiu bym tego nie zrobiła, bo od jakiegoś czasu namiętnie próbki kolekcjonuję. Ale tym razem je poświęciłam.

Wykończyłam dekolt i odkryłam z przerażeniem, że "motek", który mi został ma 78 gramów a nie 100...

No tak - to z niego owe próbki powstały ;)

Miałam więc 78 gramów włóczki, resztę z próbek w postaci kłębuszka o średnicy 4 cm i dwa rękawy przed sobą.


I zaczęła się walka o każdy niemal centymetr długości :)
Ponieważ w twórczym szale nie pomyślałam, żeby podzielić te 78 gramów na dwa kłębki nim zaczęłam pierwszy rękaw, dziergałam... z wagą pod ręką. I na bieżąco sprawdzałam jak bardzo zbliżam się do chwili gdy w motku zostanie już tylko 39 gramów na "ten drugi" :) I kombinowanie: żeby nie za ściśle (ale nie za luźno) oczka, żeby w miarę wąski (ale nie przesadnie opinający) ten rękaw zrobić...

No mówię Wam - TAKIE EMOCJE!! ;P

Ostatecznie, po zużyciu włóczki niemal do cna, rękawy udało się wysztrykować całkiem całkiem - solidne 3/4.


Plisy, podobnie jak ta przy dekolcie, wydziergane z włóczki prutej, której (to oczywiste!) nie chciało mi się jakoś prostować, oczka więc układają się nieprzesadnie równo. Co nie przeszkadza mi wcale a wcale.


Taki więc jest on, sweterek w zające kicające po szarej łące, z 300 g włóczki 100% wełnianej, mocno tajemniczej i całkiem przyjemnie drapiącej (tak, lubię szorstkość sweterków ;) ).
A druty, dodam dla porządku, KP 4,5 (oraz 3,5 przy napieraniu metodą włoską - ale tylko nabieraniu, wszystkie rzędy "specjalne" przerabiam już normalnym numerem, inaczej za bardzo mi ściąga).

Na życzenie Szanownych Pań wrzucam schemacik. Mam nadzieję, że jasne?



Aaaale.
Przecież taka sytuacja, że może zabraknąć, to idealna okazja by coś kupić, nie? I tak właśnie zapełniłam drugą torebkę MOHERową.


BTW - one paragony nawet mają takie, że się do nich człowiek uśmiecha :)


Kombinując więc (z kim, jak nie z Agatą?) jak tu ewentualny brak włóczki zamaskować, zakupiłam 3 motki Alpaki Royal w kolorze grafitowym.


A skoro jednak jej nie wykorzystałam, to natychmiast zaczęłam projekt "dodatkowy", który będzie sweterka uzupełnieniem. Tak jakby :)
I będzie też jednym z 15 projektów z tego wyzwania.


A poza tym mam jeszcze rozgrzebany jeden projekt - prostą bluzkę z kombinowanym kołnierzem. Na razie jest jej niewiele więcej niż kołnierz, który - o dziwo - wyszedł dokładnie taki jak chciałam.
Zaczęłam dziergać tuż przed świętami i zapał miałam wielki, aż do pierwszej przymiarki. Otóż, moim zdaniem, wyglądam w tym odcieniu ni-to-bieli-ni-to-śmietanki jak śmierć na chorągwi. Raz jeszcze podkreślę - moim zdaniem. No bo Agata mówi, że jest git. A mnie kusi by tego Fabela przefarbować na "czarno" (przy czym zdaję sobie sprawę, że czerń smolista raczej mi przy domieszkach sztucznych nie wyjdzie, ale szarościom wszelkim nie mówię nie).

I nie wiem - słuchać swojej intuicji, czy Agaty? Może znów poczekam rok i sprawdzę czy miała rację.
Tak czy siak pewnie i tak farbowałabym gotowy sweterek, a że dziergam na trójeczkach i ściśle, to troszkę to może potrwać :)


Tymczasem dumam nad rzeczami, które załapią się do wyzwana 15/2015 (to co wyżej do żadnego z punktów mi chyba nie pasuje).


Wygląda na to, że przyjdzie mi skończyć Jednorękiego Bandytę ;) (pkt. 1).
Wiem co będzie kompletem (pkt. 8) i parą (pkt. 11).
Nie widzę problemu z czymś do domu (pkt. 3), inspiracja filmowa się znajdzie (pkt. 4).
Uczyć nowości się lubię (pkt. 6), mam pomysł na projekt jednomotkowy (pkt. 5) i zalegające włóczki (pkt. 9).
Na biżuterię i coś mini pomysły mam od dawna, tylko jakoś nie było po co (pkt. 15 i 10).
I z jednym w zasadzie mam problem - jakiego elementu garderoby ja jeszcze nie dziergałam?

A "następną razą" nie będzie o dzierganiu, za to będzie bardzo kolorowo :)
Czyli,podpowiem, nie będzie o mojej garderobie i mojej części domu :)

Dam radę w tym tygodniu? Zdjęcia już czekają na serwerze, więc kto wie, kto wie... ;)

niedziela, 11 stycznia 2015

Kompletnie. And: I ♥ MOHER!

Dawno temu...
... wprawdzie nie w odległej galaktyce, ale za to naprawdę dawno - ponad rok temu - pewna, khm khm, Młoda Mama wydziergała swojemu Synkowi komplet cieplny na zimę.
Komplet cieplny i sprytny, o taki.


Sprytność kompletu polega na tym, że nie ma on szaliczka ani chustki, słowem - czegoś co się wiąże i łatwo gubi. Ma śliniaczek.
Śliniaczki pamiętałam z dzieciństwa. Wszystkie bez wyjątku zrobiła nam Babcia Asia i wszystkie były z trzeszczącego akrylu - takie czasy. Witka ma większy potencjał grzewczy, bo jest z wełny 100%. Miłej i przytulnej. Na dodatek z fajnie pasiastej. Z Casmiry Missisipi firmy Alize (która w odróżnieniu od Batika przejścia kolorystyczne ma częste i krótkie).


Jest też wydziergany jednym z moich najukochańszych wzorów, czyli ryżem.


Ryż na dziecięcych wyrobach podoba mi się szczególnie, bo może być go sporo, a i tak nie jest za dużo - w końcu to wszystko jest dość mikre.


Tył śliniaczka jest krótszy niż przód, za to szerszy, dzięki czemu okrywa też barki. Dłuższy przód zapewnia ciepło "klacie" małego gzuba (chyba po rodzicach/tacie mam przewrażliwienie na tym punkcie...).


Po wydzierganiu ryżowej bazy nabrałam oczka wokół dekoltu i przerobiłam ściągaczem 1x1 kilkanaście centymetrów. Ale raczej bliżej 10 niż 20 :)


Do kompletu oczywiście jest czapka.


Nic specjalnego - najprostsza możliwa boba.


Robiona od góry beztrosko, czemu zawdzięcza śmieszny sterczący czubek - prawie jakby miała antenkę ;)


A robiona od góry, bo koniecznie chciałam by ściągacz był wykończony po włosku, a wtedy umiałam tylko zamykać oczka w ten sposób. Gdybym wiedziała jak proste jest włoskie nabieranie moje życie byłoby znacznie łatwiejsze ;)
Obecnie jest to moja najulubieńsza metoda zaczynania robótki.


I wszystko było pięknie i wspaniale - Witek komplet chętnie nosił, nie pogubił, całość wdzięcznie zgrywała się z granatowo-błękitną kurteczką...

Aż do pierwszej próby założenia czapy w tym roku...
To co nie gryzło Dziecia rok temu teraz wywołuje głośny protest!
Każda próba zbliżenia się z pasiastą czapą kończyła się głośnym wrzaskiem "fuj!" oznaczającym nieprzyjazny stosunek do drapaków. A trzeba Wam wiedzieć, że Wito wymawia "h" zamiast "f" ;)


Matka pomyślała: "Wezmę go sposobem. Wydziergam z reszty komplet dla siebie, jak zobaczy, że ja noszę, to i on zechce. A przecież i tak potrzebuję czegoś wełnianego. Mam prawie 2 motki (na komplet synka poszło może 1,2 z 3), styknie."

Jeah, right... 
x2
Nie chce nosić swojego...
Nie stykło...

Może dlatego, że sporo poszło na czapę?


Lekko bowiem zaszalałam z jej długością, co wywołuje radość męża - stara, a nosi się jak gimby ;)
I jeszcze w dodatku trzasnęłam sobie pompon!! ;)


Żeby czapka była trochę inna od pasiastej Witka - moja jest na lewą stronę.


Robiłam tym razem "od czoła", zaczynając po włosku. Później coś tam poujmowałam i wyszło jak widać.


Został mi prawie motek włóczki, zaczęłam dziergać taki golfo-otulacz. I oczywiście włóczka się skończyła...
Poszukiwania (nawet zlecone mężowi) zakończyły się fiaskiem: tego farbowania Alize Cashmiry Missisipi nie ma już nawet na stronie producenta.
Przez chwilę rozważałam sprucie kompletu Witka - skoro i tak nie nosi. Ale szkoda mi było, bo fajny jest i może jakiś inny dzieć kiedyś skorzysta.

Poszłam więc po rozum do głowy i... do MOHERU.

najpiękniejsze firmowe torebki ever!

I dokupiłam motek Cashmiry gładkiej w pasującym odcieniu. 
Jak tylko skończę dłubać to co na drutach mam teraz - mogę kończyć. Kamień z serca...

Może wtedy Witek da się przekonać? ;)


W następnym odcinku:
- kicające zające na szarej łące
- co było w drugiej MOHEROtorebce
- biały czy czarny?

I to wszystko być może już jutro! Stay tunned! ;)

środa, 10 grudnia 2014

Luz bluz

Nikt, kto tu zagląda, nie powinien mieć wątpliwości, że DZIERGANIE MAJ LOW! Ale...

Dzierganie ma jedną zasadniczą wadę - od zakupu włóczki (który zwykle jest najszybszym elementem procesu powstawania swetra) i pomysłu (wiem dobrze, że pomysły potrafią nawiedzać wszędzie*) do wrzucania na kark wymarzonego sweterka zwykle mija "trochę" czasu. Przy czym "trochę" ma tu tendencję to rozprzestrzeniania się na dowolnie obszary kalendarza** i zależy od tak wieeeelu nieprzewidywalnych czynników, że chyba nawet nie ma sensu tego analizować.

Ale są dziedziny rękodzieła (choć może trafniejsze byłoby określenie "maszynodzieła"), w których efekt bywa niemal natychmiastowy.
Szycie!

Hop!


Szycie nie zastąpi dziergania, bo ma - jak dla mnie - całą masę wad.
A bo trzeba wejść na górę...
A bo trzeba wystawić maszynę (co z tego, że jest pod ręką i że mam gdzie ją wystawić - liczy się czynność)...
A bo trzeba skroić...
A spiąć, lub - tfu! - sfastrygować...
A przeszyć (łaj, o łaj tak mało jest szycia w szyciu)...
Rozprasować...
Znów przymierzyć...
I tak w kółko Macieju.

(A druty wyjmujesz i dziergasz. I dziergasz. I... wiadomo, dziergasz.)

Co nie zmienia faktu, że efekt szyciowy zwykle pojawia się szybciej niż przy dzierganiu (choć i od tej zasady bywają wyjątki, jedną koszulę "szyję" już dwa lata :) ).


Mam jednak na koncie także projekty ekspresowe - i, o dziwo, te zwykle lubię najbardziej i noszę najchętniej :)
Takim "projektem" jest ta bluza.


Bluza powstała w godzinę - dokładnie tyle czasu zajął mi cały proces przeprowadzony gdzieś w początkach października.
A proces wyglądał tak:
1. dzieć położony, mąż wyjechany, mam czas
2. konstatacja "o ja piernik-dzielę, ale się zrobiło zimno"
3. konstatacja, że jutro prowadzę dziecia wózkiem do żłoba o 7:00 (noc)
4. konstatacja, że nie mam nic ciepłego/przytulnego pod kurtkę
5. konstatacja, że mam miluśną dzianinę dresową w ulubionym "szalonym" kolorze (szary)
6. znalezienie bluzki o fajnym fasonie "na wzór"
7. wejście na górę (owerlok był na posterunku, więc wystawianie odpadło)
8. odrysowanie wykroju na papier (można pominąć)
9. wykrojenie bluzy
10. zszycie (6 szwów) i "obrzucenie" brzegów owerlokiem (4 brzegi)



Następny etap to było zejście na dół i samozachwyt (ale mi szybko poszło!) oraz bluzozachwyt (ale fajna!). Czyli już nie-szycie, a coś co zwykle docelowo następuje "po".


Od tamtego październikowego wieczora bluza towarzyszy mi niemal nieustannie - robię jej wolne na pranie. Pasuje do wszystkiego i na każdą okazję.


Niestety pranie odciska na dzianinie swoje piętno. Nie wiem czy to kwestia jakości, czy one po prostu "tak mają", ale meszek od spodu nie jest już tak mechaty jak dawniej, a na stronie prawej pojawiły się skulkowacenia. No nic to - poleci się golarką i będzie git.


Oczywiście nie powstrzymuje mnie to przed jej noszeniem, bo bluza jest po prostu fantastycznie wygodna. Luźna, z wąskimi i nie za długimi rękawami.



Rękawami wykończonymi, jak wszystkie brzegi, po prostu owerlokiem. Po zgrzebności ;)


Tak samo wykończony jest łódkowy dekolt.


Ten dekolt jest może jedynym bluzy mankamentem. Na początku października był spoko, ale teraz, gdy jeszcze chłodniej, bywa nieco zbyt wychapany - po prostu ciągnie mi po karku.
Na szczęście wystarczy włożyć pod spód coś bardziej zabudowanego (i, przy okazji, z rękawem dłuższym niż 5/6) i jest idealmą.

Bluza "na plaskacza" w okolicznościach zewnętrznych wygląda tak.


A w wewnętrznych (za to bez nikogo wewnątrz) tak.


To dowodzi, że jej pożal-się-boże konstrukcja prosta jest jak budowa cepa. Prawie kwadrat + dwa prawie prostokąty.


Po zszyciu ramion i wszyciu rękawów w "podkrój pachy" szew rękawa i szew boczny zszyłam jednym pociągnięciem.


O, tu widać "meszek" po praniach, czyli baranka :)


A tu, że rękawy to jednak lepiej obrębiać przed zszyciem, bo po jest trochę ciasnawo i szew wychodzi za gęsty (maszyna szyła szybciej niż ja byłam w stanie przesuwać rękaw pod stopką).


I porażająco nierówny dekolt :) Na szczęście w noszeniu za bardzo się ta nierówność nie uwidacznia.


A teraz dowód na to, że się z bluzą niemal nie rozstajemy - to właśnie w niej paparazzi przyłapali mnie na parkingu w CH.
I stanowczo dementuję plotki, że sama strzeliłam sobie "selfiaka" w szaleńczym uwielbieniu dla siebie i bluzy :)



A z reszty materiału po bluzie uszyłam m.in. pokazową czapę, której Wam wciąż jeszcze nie pokazałam, bo raz, że nie mam weny na opis/instrukcję, a dwa, że i tak przyszedł czas na czapki cieplejsze (czytaj: wełniane) i to o nich będzie następną razą.
I o MOHERZE. Stay tunned!

* No właśnie - gdzie Was "natycha", gdzie przychodzą do Was Wasze najlepsze dziergane pomysły? Wymyślacie wszystko od razu, w detalach, czy tylko koncept ogólny? Podzielcie się w komentarzach :)
A żeby was nie ukierunkowywać nie powiem teraz gdzie natycha Agatę i mnie :)

** Rzecz jasna są osoby, znam takie z sieci a niektóre i z reala (Agata, to o Tobie), które w łapkach mają turbodoładowanie i dziergają swetry w tydzień. Ja do nich, niestety, nie należę :)